• Tak myślę
    • Myślę, że…
    • Przeczytane
  • Kuchnia
    • Przepisy
      • Przetwory
      • Z mąki, kaszy, ryżu, makaronu…
      • Napoje, soki, syropy
      • Z warzyw, owoców i ziół
      • Ciasta, ciastka, desery
  • Natura
    • Świat roślin
      • Rośliny ozdobne
      • Zioła
    • Świat zwierząt
  • Zdrowie i uroda
    • Kosmetyki
    • Pielęgnacja
    • Po pierwsze – zdrowie
  • Miejsca
    • Wydarzenia
    • Podróże
  • Polityka prywatności i plików cookies
  • Home
  • O mnie
Shayneen
Biegnę z wilkami
Sałatka z zielonymi pomidorami
KuchniaPrzepisyPrzetworyZ warzyw, owoców i ziół

Sałatka z zielonymi pomidorami

by Shayneen 22 października 2022
written by Shayneen

Od kilku lat uprawa pomidorów jest dla mnie sporym wyzwaniem i wielką niewiadomą. Tak zwana zaraza ziemniaka potrafiła zniszczyć ponad 90 procent troskliwie wyhodowanych krzaków. W tym roku szok – natura chyba chciała mi wynagrodzić stracone lata i sypnęła zdrowymi pomidorami wszelkich zasianych przeze mnie odmian. Nie byliśmy w stanie zjeść wszystkiego na bieżąco, więc poszłam w przetwory. Niestety, we wrześniu i październiku pomidory na krzakach przestały dojrzewać (chłodne noce). Zebranie i poddanie próbie „dojrzewania domowego” nie przynosiło zadowalających efektów, więc przetwarzałam zielone. Głównie w formie sałatki.

Składniki:

  • 1 kg zielonych pomidorów (mogą być różne odmiany i wielkości)
  • 1 kg marchwi
  • 1 kg cebuli (również może być miks różnych odmian)
  • ½ szklanki oleju rzepakowego
  • ½ szklanki octu 10%
  • łyżka cukru
  • 8-10 ziaren pieprzu czarnego
  • 6-8 ziaren ziela angielskiego
  • łyżeczka ziaren kolendry
  • sól do smaku

Wykonanie:

Pomidory umyć, pokroić w plastry. Cebulę obrać i pokroić w krążki lub piórka – jak wolisz. Każde w osobnych miskach lekko posolić i odstawić na ok. 2 godziny. W tym czasie umyć i obrać marchewkę, poszatkować w cienkie plasterki, posolić, wrzucić na rozgrzany olej rzepakowy i dusić, aż lekko zmięknie. Po dwóch godzinach odcedzić pomidory i cebulę, dodać do podduszonej marchwi i dalej wspólnie dusić do miękkości z dodatkiem ziaren pieprzu, ziela angielskiego, kolendry i cukru. Mniej więcej 5 minut przed końcem duszenia dodać ocet. Spróbować również, czy odpowiada nam smak i ewentualnie dodać odrobinę soli, pieprzu lub cukru. Gorącą sałatkę nakładać do czystych słoików, zamknąć nakrętkami i pasteryzować około 20 minut.

22 października 2022 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Toniemy w śmieciach
Myślę, że...Tak myślę

Toniemy w śmieciach!

by Shayneen 22 kwietnia 2021
written by Shayneen

Temat zaśmieconego środowiska jest tematem trudnym. Niby wszyscy wiemy, z czym się mierzymy, bo problem jest ogólnoświatowy, jednak gdy skupimy się na naszym polskim podwórku, okazuje się, że nie odbiegamy od złej, światowej normy. Ja jednak chciałabym dotknąć tych obszarów naszego kraju, które statystycznemu Kowalskiemu kojarzą się z czystością, naturą, sielskością, wydawałoby się, wolnych od śmieci – polskich wsi i lasów. Mieszkam na wsi ponad 5 lat, co wystarczy, by podzielić się obserwacjami.

Wieś czy miasto? Kto przoduje?

Czy mój rodzinny Poznań jest mniej zaśmiecony? Nie! Śmieci walają się wszędzie: przy drogach, na ulicach, na torowiskach tramwajowych, w parkach, na trawnikach, wzdłuż Warty. To, co wyławia się po spuszczeniu wody z dna Jeziora Maltańskiego, szokuje wszystkich. Wydaje się (przynajmniej większości mieszczuchów tak się wydaje), że polska wieś, w przeciwieństwie do miast, jest wolna od śmieci. Z czego to wynika? Myślę, że ze stereotypu sielskości, bliskości natury. Jeśli Ty także nosisz w sobie obraz takiej wsi, niestety, rozczaruję Cię.

Śmieci są wszędzie

Wszędzie! W lasach, na polnych drogach, w rowach melioracyjnych, na poboczach dróg gminnych, na przystankach komunikacyjnych, torach kolejowych. Szkło, plastik, kartony, opony i inne części samochodowe, materiały poremontowe, zepsuty sprzęt AGD i zabawki, szmaty, opakowania po jedzeniu na wynos z wiodących sieciowych fast foodów, sznurek i folia rolnicza, baniaki po środkach ochrony roślin i nawozach.

Kiedy kupiłam dom na wsi i przystąpiłam do ogarniania przydomowego ogródka, musiałam najpierw wywieźć z niego niezliczoną ilość taczek śmieci. Królowały butelki po alkoholu i zepsute dziecięce zabawki oraz strzępy starej odzieży. Przez ponad 5 lat w mojej okolicy nic się nie zmieniło.

Mniej więcej 3 lata temu zorganizowano na Instagramie challenge z hasztagiem #naprawdepostronienatury, w którym „zbieracze” wrzucali zdjęcia zebranych podczas spacerów śmieci. Wzięłam udział. Podczas codziennych spacerów z psem zbierałam przydrożne śmieci, a foty dodawałam na swój profil na Insta i oznaczałam. Skutek? Zgadnij! Mnóstwo osób zrobiło „unfollow”; kilka odważyło się na uzasadnienie: „Tak tu kiedyś było ładnie – kwiatki, drzewa, zachody słońca, a teraz tylko śmieci i śmieci”. Cóż, idźcie z Bogiem, jeśli drażni Was widok tego, co wyciągnę z krzaków lub spod drzewa, zanim pstryknę ładną fotkę.

Challenge na Insta dawno dobiegł końca, ale dla mnie nadal trwa. Generalnie zbieram śmieci ciągle z tych samych poboczy i jest to orka na ugorze. Gdy skończę prawą stronę pobocza, lewa jest już ponownie zasłana syfem. Prym wiodą tzw. małpki. Ogólnie stwierdziłam, że po śmieciach można poznać preferencje zakupowe Polaków. Zapytaj mnie, a powiem Ci, która firma nigdy nie splajtuje ;)

Ale do brzegu…

Zaczęłam edukować okoliczną ludność w kwestiach ekologii. Wrzucałam na Facebooka zdjęcia zebranych w okolicy śmieci, bo mam w „znajomych” sąsiadów bliższych i dalszych. Z kilkoma sąsiadami świadomymi i proekologicznymi wystosowaliśmy do gminy wniosek o zamontowanie przy najbardziej zaśmieconej drodze tablic „Zakaz wyrzucania śmieci”. Skutek? Przez kilka miesięcy śmieci było faktycznie trochę mniej, ale po roku tablice tak się okolicznym mieszkańcom wpisały w krajobraz, że przestali na nie reagować. Mamy we wsi takiego asa, który idąc drogą zatrzymał się pod tablicą, wyciągnął z kieszeni małpkę, opróżnił i ciepnął pod tablicę.

Przypadek drugi… Pewnego dnia natknęłam się na pełną śmieci reklamówkę pod drzewem w alei lipowej. Przytargałam ją na własne podwórko, wysypałam, by posegregować zawartość i wyrzucić do odpowiednich worków i pojemników. Wśród śmieci znalazłam kilka paragonów. Jeden z nich był wystawiony za usługę tomografii komputerowej z kontrastem. Bingo! Nasza wieś jest maleńka, więc świetnie wiedziałam, kto w dniu wskazanym na paragonie miał wykonywane powyższe badanie! Zgadzała się również sieć telefonii komórkowej na drugim paragonie za doładowanie karty oraz zamiłowanie do marki piwa i energetyków, na zakup których wskazywał trzeci paragon. Początkowo pomyślałam o zaangażowaniu Straży Miejskiej, ale znając trudną sytuację rodziny, z której pochodzi sprawca, odpuściłam. Poprosiłam jego matkę, by skontaktował się ze mną w sprawie odbioru paragonów, jednocześnie informując ją o moim znalezisku. Koleś olał sprawę. Od wspólnego znajomego dowiedziałam się, że powiedział: „jak Gocha zbiera, to niech dalej zbiera”. A jakże, nadal śmieci! Teraz jednak, nauczony doświadczeniem, dba o zabieranie „dowodów”.

Wiem, że wiele osób wyrzuca te śmieci bezczelnie i świadomie. Podjęłam kolejny krok – zrobiłam grafikę, przedstawiającą skutki zaśmiecania ze wskazaniem czasu rozkładu śmieci w środowisku. Wydrukowałam, powiesiłam na tablicy we wsi. Następnego dnia rano już jej nie było. Do dzisiaj nie wiem, czy ktoś zdarł, by powiesić sobie na lodówce, czy nie chciał, by wiedza przedstawiona na plakacie dotarła do mieszkańców.

Toniemy w morzu śmieci, a przede wszystkim szkła. Plastik to zupełnie inna historia. O ile latem, w dniu odbioru odpadów segregowanych, widuję worki z plastikiem przed domami, o tyle zimą wiele gospodarstw w cudowny sposób nie generuje plastikowych odpadów! Co się z nimi dzieje? Poznasz po dymie z kominów.

Czy tak jest wszędzie?

Myślałam, że tylko w moim regionie wsie mają z tym problem, ale okazuje się, że to problem ogólnopolski. Komunikują mi to znajomi z Borów Tucholskich, zachodniopomorskiego, Mazur, Bieszczadów, Podlasia – praktycznie z całej Polski. Koleżanka, która wyemigrowała po „twórczy spokój” właśnie na Podlasie, jest przez ludność tubylczą szkalowana za to, że walczy ze spalaniem śmieci w piecach i wyrzucaniem tzw. gabarytów do lasu. À propos gabarytów. Znajomy, mieszkający również bliżej wschodniej granicy kraju, podczas akcji sprzątania okolicy, znalazł w lesie sedes ze spłuczką. Jednym słowem – dla śmiecących nie ma ograniczeń.

Jak to zakończyć?

Pytanie wydaje się być retorycznym. Myślałam, że problem rozwiążą młodzi ludzie – większa świadomość, edukacja… Okazuje się, że niekoniecznie. Bo jak można bazować na „świadomości ekologicznej” człowieka w wieku 26 lat, który rozbebesza zepsutą lodówkę, części metalowe wywozi na złom, ale to, czego na złom nie da się wywieźć, pali we własnym ogrodzie? Niecałe 100 metrów dalej dym z ogniska wdychają jego maleńkie dzieci.

***

Nie przez przypadek piszę o tym 22 kwietnia. Obchodzimy dzisiaj Światowy Dzień Ziemi. Co roku fundujemy naszej planecie święto, a śmieci wciąż przybywa. Podcinamy gałąź, na której siedzimy i ciągle jesteśmy ślepi na własne zachowania, nawet w promieniu kilkuset metrów wokół własnych domów.

22 kwietnia 2021 2 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Przedsiębiorcza kobieta - świadoma kobieta
Wydarzenia

Przedsiębiorcza kobieta – świadoma kobieta. Event Studenckiego Forum Business Centre Club

by Shayneen 4 grudnia 2019
written by Shayneen

Czasami myślę, że są fajne rzeczy na świecie, o których dowiaduję się zbyt późno. Tak jest z projektem „Przedsiębiorcza Kobieta”, który ponoć w Wielkopolsce obchodzi swoje 9. urodziny, a ja dowiedziałam się o nim kilka tygodni temu. I gdyby nie moja córka, która kupiła dla nas bilety na listopadowe spotkanie „Przedsiębiorczej Kobiety”, żyłabym pewnie nadal w nieświadomości.
Wydarzenie, organizowane cyklicznie przez Studenckie Forum Business Centre Club, skierowane jest dla kobiet, które już osiągają swoje sukcesy w biznesie, są początkującymi na ścieżce przedsiębiorczości, planują wystartować z własnym biznesem lub – co jest również jak najbardziej na miejscu – nie widzą się we własnej firmie, ale chcą poszerzać swoje kompetencje, rozwijać się, budować swoją siłę w życiu zawodowym i osobistym.
Spotkanie listopadowe (28.11.2019r.) odbyło się w jednej z sal konferencyjnych Hotelu Novotel Centrum w Poznaniu pod hasłem „Świadoma Kobieta”. Myślę, że każda z uczestniczek wydarzenia nosi w sobie własną definicję słowa „świadomość”. Jedna ograniczy ją do własnej osoby, druga rozszerzy o rodzinę i najbliższe otoczenie, a kolejna spojrzy na „świadomość” globalnie, rozpatrując ją w kategoriach problemów, z jakimi zmaga się współczesny świat. Dlatego w prelekcjach zabrakło mi tej ostatniej opcji „świadomej kobiety”.

A co w programie?

W ramach spotkania odbyły się trzy prelekcje. Pierwszą wygłosiła Barbara Strójwąs w temacie: „Kto jest twoim największym wrogiem w biznesie?”, drugą Joanna Modrzyńska – „Pierwsze wrażenie w biznesie, czyli słów kilka o istotnych drobiazgach”, a na zakończenie Joanna Janowicz – „Kobiece kontrowersje. Co ogranicza wartości życiowe i biznes?”

Co wyniosłam ze spotkania?

Zawsze powtarzam, że z wszelkimi eventami, spotkaniami, prelekcjami jest jak książkami – jeśli choć jedno wypowiedziane (przeczytane) zdanie wniesie coś pozytywnego do Twojego życia, było warto! Czasami sama atmosfera spotkania, ludzie w niej uczestniczący, miejsce lub czas sprawiają, że wychodzisz wewnętrznie „zbudowana”. I w tym przypadku tak było. Może nie do końca byłam „grupą docelową” prelegentek, więc nie było wielkiego „wow!”, ale z uwagą i przyjemnością wysłuchałam wszystkich pań i z pewnością na sali były kobiety, dla których były to tematy ważne. Dla mnie najcenniejszym był czas, który mogłam spędzić na wartościowym spotkaniu razem z córką (wygrała jedną z nagród w konkursie, zorganizowanym podczas wydarzenia!). W dzisiejszym zabieganym świecie niewiele mamy takich okazji.

Barbara Strójwąs. Psycholog, ekspert w relacjach międzyludzkich, szczególnie tych damsko-męskich ;) Na stronie internetowej (www.trudnasztuka.pl) pisze o sobie „psycholog miłości”. Pięknie! I piękny, ciepły z niej człowiek! Często bywałam na wszelkiego rodzaju wykładach i na palcach jednej ręki mogę policzyć, ile razy po pierwszych dwóch zdaniach, wypowiedzianych przez prelegenta, czułam, że zatapiam się w jego lub jej słowach. Czuję, że mówi do mnie, chociaż wokół nas kilkadziesiąt lub kilkaset osób. I nawet, jeśli – jak wyżej wspomniałam – nie jestem „grupą docelową” i temat kompletnie nie mój, to chcę słuchać. I chociaż mam świadomość, że powiedziała już wszystko, że czekają następni prelegenci, to mam ochotę krzyczeć: „Mów, Kobieto! Mówi i nie kończ! Niech inni sobie idą do domu, a Ty mów! Choćbyś miała mówić tylko do mnie!” Dlatego zdecydowanie Pani Barbara powinna w swojej zakładce „O mnie” na stronie internetowej napisać: ”Jestem psychologiem miłości i storytellerem”. Kocham storytellerów! Kocham „opowiadaczy”, a Pani Barbara maluje słowem w sposób mistrzowski! Jeśli dodam, że robi coś niezwykle niekonwencjonalnego, prowadząc sesje i konsultacje terapeutyczne on-line, powstaje „combo dobra” w jednej drobnej, ciepłej, niezwykle pozytywnej osobie.

Joanna Modrzyńska. Ekspertka w dziedzinie protokołu dyplomatycznego, ceremoniału i międzynarodowej etykiety biznesowej. Założycielka i główny trener Szkoły Dobrych Manier „Art of Manners” (http://www.artofmanners.pl/) . Jej prelekcję mogę podsumować trzema słowami: jeden wielki konkret! Niezwykle obrazowy sposób prowadzenia wykładu, umiejętne zachęcanie uczestników do ćwiczeń „na żywo”, co zdecydowanie ułatwia zapamiętywanie, humorystyczne, a jednocześnie wyważone przedstawianie przykładów dowodzą, że Pani Joanna ma ogromne doświadczenie w przekazywaniu wiedzy z dziedzin, w których się specjalizuje. Bez wątpienia, wykładowca z klasą! Przyznam szczerze, że z tej prelekcji wyniosłam najwięcej konkretnej wiedzy.

Joanna Janowicz. Doradca i konsultant biznesowy, ekspert komunikacji interpersonalnej.
Wiele razy słyszałam, że podczas konferencji pierwszy prelegent ma najgorzej. Przeciera szlaki pozostałym. Ja uważam, że jest zupełnie odwrotnie. Po pierwsze uczestnicy mają zwyczaj porównywania z tymi, którzy występowali wcześniej; po drugie, część słuchaczy jest już zmęczona i rozkojarzona; po trzecie – z każdym kolejnym prelegentem chcemy więcej, i więcej, i więcej… U mnie wystąpił chyba ten drugi czynnik, czyli zmęczenie, więc przez połowę wykładu byłam nieobecna, aczkolwiek widziałam ogromne zainteresowanie wśród uczestniczek. Może też temat nie do końca mi pyknął.
Ale, ale… Jeśli myślisz, że w tym momencie zakończyło się moje zainteresowanie ostatnią prelegentką, to… eee-eee ;) Wróciłam do domu i uruchomiła się moja… Zaleta? Wada? Przypadłość? Raczej wada, bo wszyscy mi mówią, że to ogromny mój minus. Otóż włączyła się moja wewnętrzna „wiedźma”. Tak, jestem wiedźmą – lubię wiedzieć :D Zaczęłam grzebać w Internecie i trafiłam na stronę Joanny Janowicz. Konkretnie tutaj: www.joannajanowicz.com. I nastąpił przełom! Kliknęło! Dawno nie znalazłam strony internetowej z taką ilością wartościowych treści (naprawdę, polecam obejrzeć zamieszczone na stronie filmy i przejrzeć bloga). Jednak największą wartość dostałam wraz z zapisem na newsletter: e-book „Personal branding. 6 zasad skutecznego zarządzania firmą. Zwiększ wartość firmy poprzez swoją markę osobistą”. To 30 stron treści podanej w taki sposób, że czujesz, jak z każdym kolejnym przeczytanym zdaniem otwierają się w Twojej głowie odpowiednie szufladki. Pyk! Pyk! Pyk! Bez wszędobylskiego marketingowego i coachingowego nadęcia, językiem, który trafia nie tylko do Twojej głowy, ale też do całego Twojego JA, więc zaczynasz wszystko rozumieć i na poziomie umysłu, i na poziomie każdej komórki Twojego ciała. Za takie e-booki inni biorą pieniądze, więc jeśli jesteś na początku czerpania wiedzy o personal brandingu, to wskakuj na stronę Joanny Janowicz i czerp.

Sponsorzy, prezenty…

Wydarzenie tej rangi nie mogło się odbyć bez wsparcia sponsorów i każda z uczestniczek otrzymała swój zestaw, a w nim:

– katalog produktowy marki YES

– voucher z 10% rabatem na zestawy pudełkowe od TASTY PROJECT

– zaproszenie na 50-minutowe indywidualne konwersacje do Centrum Języków Obcych KONTAKT

– kupon rabatowy od Seule Reine

– katalog produktowy firmy „Ziaja”, 2 próbki kosmetyków oraz olejowy peeling do ciała GdanSkin

– lotion marki „Eclair”, smycz do kluczy oraz trzy ozdobne przypinki

– smoothie białkowe CHIAS

– baton owocowo-orzechowy oraz suszone jagody goji marki Foods by Ann.

Przedsiębiorcza kobieta - świadoma kobieta
Upominki od sponsorów eventu

Nie ukrywam, że jestem freakiem jeśli chodzi o produkty ze składami jak najbardziej naturalnymi, od dłuższego czasu eliminuję lub bardzo mocno ograniczam w konsumpcji wszystko, co zawiera rzeczy „zbędne” lub jest sprzeczne z moim kręgosłupem moralnym, więc już w trakcie spotkania zrobiłam selekcję w otrzymanym zestawie ;) Do wydania osobom mniej konserwatywnym przeznaczyłam wymienione wyżej kosmetyki, ponieważ żaden nie przeszedł przez moje „sito kwalifikacyjne”.
Z kolei produkty spożywcze – smoothie CHIAS i przekąski Foods by Ann – z przyjemnością spożyję, bo mają składy WOW! – i nie mam się do czego przyczepić. Poważnie! Są dowodem na to, że jak się chce, to można wypuścić na rynek produkt bardzo dobrej jakości, bez niepotrzebnych i niezbyt zdrowych „wodotrysków”.

Podsumowując…

Jeśli będziesz miała okazję uczestniczyć w kolejnych wydarzeniach „Przedsiębiorczej Kobiety”, zarezerwuj sobie czas, bo naprawdę warto. Z tego, co widzę na stronie internetowej https://przedsiebiorcza-kobieta.pl/ , spotkania odbywają się w kilku miastach w Polsce. Na facebooku projektu ukazują się aktualne wydarzenia. Wybierz się sama, z córką, mamą, przyjaciółką. Kilka godzin, by zrobić coś dla siebie, wynieść wiedzę i dobrą energię. Na kolejnych spotkaniach w Poznaniu na pewno będę, więc… do miłego! :)

4 grudnia 2019 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
wyznania przedsiębiorcy pogrzebowego
PrzeczytaneTak myślę

“Wyznania przedsiębiorcy pogrzebowego. Jak praca ze śmiercią uratowała mi życie” – Caleb Wilde

by Shayneen 6 listopada 2019
written by Shayneen

Książka Caleba Wilde’a to nietypowa publikacja. Obecnie często spotykamy przedsiębiorców, którzy decydują się na wydanie książek, opisujących ich biznes i ścieżkę, którą przeszli. Przyznam jednak, że po raz pierwszy spotykam się z autorem, który postanawia opisać swoją drogę w biznesie funeralnym.

W żyłach Caleba Wilde’a, jak sam podkreśla, płynie krew co najmniej dziewięciu pokoleń przedsiębiorców pogrzebowych – sześciu ze strony ojca i pięciu ze strony matki. Dla małego Caleba życie „przez ścianę” z umarłymi nie było niczym wyjątkowym. Domy jego dziadków sąsiadowały z pomieszczeniami, w których przechowywano, balsamowano, myto i ubierano zwłoki. Jego zabawy z kuzynostwem w domu pogrzebowym, często między trumnami, stanowiły codzienność.

Dla rodziny Caleba było oczywiste, że podtrzyma tradycje rodzinne w biznesie pogrzebowym. Jednak on, w miarę dorastania i rozważania swojej przyszłej drogi życiowej, przeszedł przez wszystkie możliwe stany emocjonalne: bunt, rozpacz, wyparcie, ucieczkę, depresję, kontemplację, współodczuwanie z umierającymi i ich bliskimi, po pełne zrozumienie swojej misji.

Punktem przełomowym w jego decyzji była ucieczka do Afryki na misję wolontariacką. Tam zrozumiał, że jego powołaniem jest kontynuacja rodzinnej tradycji, gdyż bycie przedsiębiorcą pogrzebowym jest również formą czynienia dobra na świecie.

W książce swej opisuje różne oblicza śmierci, z którymi się zetknął – tragiczne wypadki, nieuleczalne choroby, przedawkowanie narkotyków, śmierć dziecka, śmierć ze starości czy śmierć nagła, której nikt się nie spodziewa. Przybliża nam też, jak skrajnie różne potrafią być reakcje rodzin na śmierć kogoś bliskiego: od kłótni i rozpadów, po współodczuwanie w spokojnej atmosferze, pełnej miłości.

Czy książkę polecam wszystkim? Nie! Jeśli lubisz lekturę w klimatach filozoficznych, jeśli, czytając, lubisz rozważać, konfrontować swoje podejście do tematu z tym, co przedstawia autor, to na pewno sporo z książki wyniesiesz. Autor w bardzo niewymuszony sposób skłania czytelnika do zatrzymania się, refleksji i oswojenia z faktem, że… każdego z nas to kiedyś spotka. Kimkolwiek jesteśmy, gdziekolwiek żyjemy. Każdego. I każdy z nas stanie choć raz w obliczu śmierci kogoś bliskiego, znajomego lub zupełnie obcego. Natomiast jeśli dosłownie zasugerujesz się tym, co obiecuje autor i wydawca w opisie książki, na ostatniej stronie obwoluty („Opowiem wam, jak to będzie wyglądać krok po kroku. O balsamowaniu, ubieraniu do trumny, czuwaniu przy zwłokach. ” ; „… dziś zapraszam was do domu pogrzebowego. Poznajcie jego tajniki…” ) możesz poczuć się mocno zawiedziony. Nie znajdziesz w niej bowiem żadnych opisów natury „technicznej”. Może dwa lub trzy zdania (i to mało konkretne) o procesie balsamowania, wzmiankę o… rozcinaniu odzieży w partii pleców, by łatwiej było ubrać nieboszczyka. I to wszystko. Żadnego dreszczyku.

Ostatni rozdział to szereg bardzo filozoficznych pytań do czytelnika, mających skłonić do przemyśleń i refleksji. Ja dobrnęłam chyba do czwartego lub piątego i wymiękłam. Zapętliłam się we własnych wnioskach…

Z ciekawostek: autor ma swoją stronę internetową oraz bloga (osobne domeny), więc jeśli wpiszesz w przeglądarkę Caleb Wilde i funeral, wyskoczy Ci na szczycie wyników wyszukiwania. (Ech! Ja to jestem! :D … Gdybym wrzuciła linki, miałabym wzorowe SEO :D – taki ze mnie buntownik!)

Czy polecam zakup książki? Hmm, myślę, że jeśli należysz jednak do czytelników o naturze bardziej filozoficznej, to… wypożycz ją z biblioteki (ja tak zrobiłam). Szkoda byłoby mi kasy i miejsca w biblioteczce na książkę, do której już raczej nie wrócę.

Kończąc tę recenzję chcę Ci jednak zacytować słowa Caleba Wilde’a, które każdemu z nas powinny otworzyć oczy na to, co jest, a o czym wielu z nas raczy zapominać. Szczególnie osoby, noszące z tyłu głowy non stop koncepcję życia pozagrobowego, która już za życia staje się ich „number one”:

„Podstawowe nadużycie to przekonanie, że możemy przykładać większą wagę do życia po śmierci niż do życia tu na ziemi. A możliwe, że gdy wciąż zadzieramy głowę, by patrzeć w niebo, przegapiamy niebo, które mamy tuż pod nosem. I takie właśnie wynika z tego niebezpieczeństwo: że zaczniemy cenić życie wieczne w niebie bardziej, niż to niebo tutaj, na tym świecie.”

***
Wydawcą książki jest SIW Znak
Moja recenzja nie powstała we współpracy! Zwyczajnie, postanowiłam, że od czasu do czasu wrzucę dla Was recenzje przeczytanych książek, bez względu na to, czy będą to książki przeze mnie zakupione, czy wypożyczone z biblioteki. Nowości i całkiem “stare”. A że łykam literaturę różnych gatunków, w zależności od potrzeb lub nastroju, możecie liczyć na książkowy kosmos: od ckliwych romansów (czasami muszę wyluzować), poprzez biografie (uwielbiam!), po naukę i psychologię (lubię pogrzebać w człowieku, a przede wszystkim w sobie), na… biznesie i marketingu internetowym kończąc ;)

6 listopada 2019 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Galas szypszyńca różanego
NaturaŚwiat roślinŚwiat zwierząt

Szypszyniec różany – jesienny cud natury

by Shayneen 18 października 2019
written by Shayneen

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam galas szypszyńca różanego, nie mogłam wyjść z podziwu. Kształtna, włochata kulka w kolorze jasnej miedzi, kołysząca się w takt podmuchów wiatru na wiotkiej gałązce dzikiej róży. Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, czym są galasy, więc przynosząc ze sobą ze spaceru ową gałązkę z zamysłem, że wykorzystam ją do zrobienia jesiennej dekoracji, nie przypuszczałam, że ta włochata kulka… żyje! A raczej w jej środku toczy się życie ;)

Szypszyniec różany (Rhodites rosarium syn. Diplolepis rosae) to malutki owad, który swą nazwę wziął właśnie od szypszyny, czyli dzikiej róży (bo tak w wielu zakątkach Polski nazywany jest ten krzew). Ta błonkówka z rodziny galasówkowatych ma zaledwie, jak podają źródła, 3 – 4 mm, więc zapewne dlatego nigdy w naturze nie udało mi się jej spotkać. Trudna do wytropienia w postaci fruwającej, więc znam ją jedynie z fotografii w Internecie. Natomiast nigdy nie miałam sumienia, by rozerwać galasy i obejrzeć ją w postaci larwalnej.

Jak to się dzieje, że ten maleńki owad staje się twórcą, a raczej współtwórcą, takiego cudu? Otóż samica szypszyńca składa jaja na gałęzi dzikiej róży, najczęściej w górnych jej odcinkach (nigdy nie widziałam na samym szczycie). Wyklute z jaj czerwie wydzielają roślinne hormony, które z kolei powodują rozrost uszkodzonych tkanek rośliny – w ten sposób buduje się galas. Późnym latem i wczesną jesienią włochate kulki są kolejno zielone, zielono-pomarańczowe, by w okresie późnojesiennym wybarwić się na kolor rdzawej czerwieni. Z biegiem czasu galasy przysychają, twardnieją, robią się brązowe, by w kolejnym roku wiosną obumrzeć wraz z różaną gałązką, na której się zawiązały.

A co się dzieje wewnątrz galasa? Życie kwitnie! Okazuje się bowiem, że taki galas, twardy z zewnątrz, jest idealnym „inkubatorem” dla larw szypszyńca, a czasami i innych owadów, które potrafią się do niego wtrynić „na trzeciego” i bezpiecznie przetrwać zimę. To idealna „meta”, chroniąca przed wrogami, wiatrem, śniegiem, mrozem, ponadto bogata w pożywienie, ponieważ owady mogą do woli czerpać substancje odżywcze i wodę z rośliny zaatakowanej. Co więcej, okazuje się, że galas w miarę „konsumpcji” cały czas odbudowuje się od wewnątrz! Idealne miejsce, by przekimać do wiosny ;)

Szypszyniec różany
szypszyniec różany

Wiosną przepoczwarzone larwy opuszczają galas, gdy roślina budzi się do życia i wypuszcza pierwsze pąki. Niestety, jak już wspomniałam wyżej, gałązka z galasem obumiera (w każdym razie ja nie widziałam nigdy „żywej” gałęzi z ubiegłorocznym galasem). Tak więc dla różanego krzewu to bez wątpienia szkodnik, aczkolwiek dwa czy trzy galasy na całym krzewie nie wyrządzą krzywdy; duża ich ilość może jednak doprowadzić do obumierania rośliny – żywiciela.

Galasy szypszyńca różanego to nie tylko „samo zło”, jak by się wydawało. Zawierają one bowiem m.in. garbniki i kwas galusowy (Acidum gallicum). Wykorzystywane były od wieków do garbowania skór, do wyrobu atramentu, jako barwniki, a także jako surowiec konserwujący w kosmetyce, w ziołolecznictwie.

W tym roku październik jest pogodowo łaskawy, więc podczas jesiennych słonecznych wycieczek wypatruj włochatych kulek na krzakach dzikiej róży. Właśnie teraz mienią się najpiękniejszymi barwami. Za dwa lub trzy tygodnie będą powoli usychać, jednak świadomość, że w ich wnętrzu toczy się życie, napawa człowieka optymizmem :D

***

Wyedytowałam ten wpis i teraz zastanawiam się, do której kategorii go podczepić – fauna czy flora? Dobrze, że WordPress daje mi możliwość umieszczenia w dwóch :D

18 października 2019 10 komentarzy
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Syrop z mniszka lekarskiego
KuchniaPrzepisyPrzetworyZ warzyw, owoców i ziół

Syrop z mniszka lekarskiego

by Shayneen 27 kwietnia 2019
written by Shayneen

Co roku o tej porze mamy „narodowe mniszkobranie”. Inaczej mówiąc każdy, kto ma możliwość dotrzeć do mniszka lekarskiego, rosnącego w czystym środowisku, zbiera. A zbierając… liczy! Najczęściej do pięciuset, bo tyle z reguły trzeba zebrać kwiatów, aby zrobić słynny miód. Ja miodu nie robię – robię syrop.
Oto składniki:

żółte, otwarte kwiaty mniszka lekarskiego – ok. 500 sztuk
cytryna
1 kg cukru
1,5 litra wody

Działamy!

Kwiaty mniszka zamykają się na noc, więc zbieraj je rano, po otwarciu i po obeschnięciu porannej rosy, w słoneczny i suchy dzień. Zebrane kwiatostany rozłóż na papierze i pozwól wyprowadzić się owadom, które miały w nich przytulną metę.
I teraz są dwie szkoły. Jedna mówi, żeby wrzucać do gara od razu, bez usuwania zielonych części. Ja natomiast zawsze oddzielam żółte płatki i tylko je poddaję dalszej obróbce. Wiem, że to robota dla Kopciuszka, ale zapewniam, że warto, bo taki syrop ma zdecydowanie lepszy smak. Cytrynę dokładnie wyszoruj i pokrój w plasterki (nie obieraj ze skórki!). Do dużego garnka wrzuć kwiat mniszka oraz cytrynę i zalej wrzącą wodą w ilości 1,5 litra. Gotuj 5-10 minut, przykryj garnek szczelnie pokrywką i odstaw na +/- 24 godziny. Następnego dnia odcedź; możesz przez gazę dokładnie wycisnąć wszystko, co najcenniejsze z kwiatów i cytryny. Do otrzymanego płynu dodaj cukier i gotuj na małym ogniu, od czasu do czasu mieszając. Ja gotuję nie dłużej niż 30 minut, ponieważ po zlaniu do butelek lub słoików, pasteryzuję jeszcze przez 15 minut.

Taki syrop to skarb w okresie jesienno – zimowym, gdy łapie przeziębienie i drapie w gardle. Można go łykać, jak każdy syrop, ale też dodawać do herbaty lub pić rozcieńczony z wodą.

Mniszek lekarski to niezwykle cenne ziółko. Wszystkie jego części są jadalne – od kwiatów, poprzez łodygi i liście, na korzeniu kończąc. Warto o tym pamiętać, gdy mamy to szczęście, że wyrasta w naszym czystym ekologicznie ogrodzie, albo spotykamy go na wycieczkach z dala od „cywilizacji”. Tyle zdrowia zupełnie za darmo!

27 kwietnia 2019 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Dwie połówki jabłka
Myślę, że...Tak myślę

Przed Walentynkami – trochę rozważań o “połówkach”

by Shayneen 11 lutego 2019
written by Shayneen

Za kilka dni Walentynki, więc tu i ówdzie słyszę i czytam o „połówkach”. Moja połówka, Twoja połówka, własna połówka, jak spędzisz Walentynki ze swoją połówką… A co ja na to?

Wiesz, co się dzieje, gdy pełną i doskonałą całość przetniesz na pół? Gnije lub schnie. Vide zdjęcie. Nigdy nie myśl o sobie, że jesteś czyjąś połówką. Nie myśl też tak o osobie, z którą tworzysz związek. Żadne z Was nie jest jakimś marnym ułamkiem, lecz w pełni ukształtowaną, idealną całością. Nawet z matematycznego punktu widzenia, czy nie lepiej myśleć o Waszym związku, jak o równaniu 1+1=2, niż ½+ ½=1? To jest prosta matematyka! Nigdy nie umniejszaj ani sobie, ani swojemu partnerowi lub partnerce.

Co na to Twój mózg?

Twój mózg kupi każde przekonanie, jakie zakotwiczysz w swojej podświadomości. Jeśli zatem wciskasz mu: „jestem połówką X, a X jest połówką moją”, to Twoja podświadomość przyjmuje to za pewnik. I nawet, jeśli Ty od czasu do czasu próbujesz tłumaczyć żartobliwie, że przecież tylko tak się mówi, że to takie przyjęte od pokoleń powiedzenie, to podświadomość wie swoje: „Ania jest połówką Jacka, a Jacek jest połówką Ani. Żadne z nich nie jest odrębną całością i nie może istnieć bez drugiego”.

Bywa, że z takich przekonań rodzą się tragedie. Któraś… „połówka”… może okazać się przemocowcem. Inna stwierdzi z czasem, że to nie jej jabłko lub pomarańcza. Rozstanie. W innym związku jeden z partnerów odchodzi z tego świata – jeśli osoba w żałobie ma głęboko zakotwiczone przekonanie, że jako odrębna całość nie potrafi samodzielnie egzystować, robi się nieciekawie.

Gorzej w związkach, w których to 1/2+1/2=1 jest mocno zakorzenione, konserwatywne, przekazywane z pokolenia na pokolenie. Beze mnie nie możesz! Bez Ciebie nie dam rady (lub beze mnie nie dasz rady). Tylko razem – nigdy osobno! Na ogół osoby te nie zdają sobie sprawy z faktu, że zabierają partnerce lub partnerowi autonomię. Bez dawania przestrzeni do bycia w pełni autonomiczną jednostką, taki związek umiera lub trwa w niekończącej się agonii.

Częstym jest tłumaczenie: „Bo my tak się kochamy, że bez siebie żyć nie możemy. Tylko razem jesteśmy szczęśliwi, tylko razem czujemy jedność. Zawsze razem, wszędzie razem. Rozumiemy się bez słów, jesteśmy jednością, uzupełniamy się”. Kurczę, w związkach ludzie powinni się dopełniać, a nie uzupełniać! Tak myślę.

Skąd to się wzięło?

Czasami rozkminiam, skąd wziął się nacisk na konieczność posiadania, hm… „drugiej połówki”, jako wyznacznik szczęścia i spełnienia. Myślę, że nam, kobietom, wpajano od wieków, że tylko przy mężczyźnie jesteśmy „kompletne” i coś warte. Jeśli kobieta była sama, otoczenie postrzegało ją jako tę „1/2” bez pary, czyli jakąś… wybrakowaną. Stara panna. Chociaż o facetach też się mawiało „stary kawaler”. Żadna go nie chce; na pewno coś z nim nie tak.

Z biegiem czasu coś się zmienia. Inaczej społeczeństwo podchodzi do singli i singielek, a wiele związków zaczyna rozumieć wartość równania 1+1=2. Siła, samorozwój, wsparcie, wolność i zaufanie, prawo do własnego zdania, do własnych wartości, do własnych decyzji. Przestrzeń do bycia sobą.

Przypuszczam, że kiedyś jeszcze rozwinę temat, bo życie dostarcza mi ciągle nowych spostrzeżeń. Dzisiaj życzę Ci szczęśliwego życia w poczuciu bycia pełną i doskonałą całością. Jedyną taką na świecie. Nie czyjąś ½ – całością! Bez względu na to, czy jesteś w związku, czy suniesz przez życie samodzielnie (zauważ, że nie piszę „samotnie”!). Jeśli tworzysz związek, to niech Wam się wiedzie jako SILNEJ DWÓJCE – świat jest Wasz!

Shayneen

11 lutego 2019 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Klopsiki gryczane
KuchniaPrzepisyZ mąki, kaszy, ryżu, makaronu...

Klopsiki gryczane z serem

by Shayneen 28 grudnia 2018
written by Shayneen

Żołądki po świętach obciążone – czas zafundować im coś lżejszego i zdrowszego. Może kasza? Gryczana… Może być? ;) Nie, nie na sypko! Tym razem klopsiki… Danie łatwe, szybkie i przede wszystkim smaczne.

10 dag kaszy gryczanej – może być w woreczku, aczkolwiek ja nie preferuję “wywaru” z plastiku :D
10 dag białego sera, chudego lub półtłustego
1 jajko
1 duża cebula
dużo ziół – koperek, oregano, bazylia, tymianek… co lubicie
sól, pieprz, papryka mielona, szczypta kurkumy
coś, co “zwiąże” masę – może być mąka ziemniaczana lub len mielony (ja wybieram drugą opcję)
bułka tarta
tłuszcz do smażenia (ja smażę na oliwie)

Kaszę gryczaną ugotować na sypko (jeśli używacie tej w woreczku – według przepisu na opakowaniu). Cebulę obrać, posiekać drobno i lekko podsmażyć na oleju. Biały ser rozdrobnić (można przepuścić przez maszynkę), połączyć z ugotowaną kaszą gryczaną, podsmażoną cebulą, jajkiem, posiekanymi ziołami i przyprawami. Jeśli masa za bardzo się rozpada, użyć trochę mąki ziemniaczanej lub lnu mielonego w celu “związania”. Wilgotnymi dłońmi formować zgrabne klopsiki, obtaczać w tartej bułce i smażyć na rozgrzanym tłuszczu. Podawać z surówkami i ulubionymi dipami… Pyszne zarówno na gorąco, jak i na zimno.

Klopsiki gryczane
Klopsiki z kaszy gryczanej

Przepis – oryginalny tekst i zdjęcia – pochodzi z mojego zamkniętego bloga “Rustic Nook od kuchni” i ukazał się pierwotnie 30 grudnia 2014 roku.

28 grudnia 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
cistaka imbirowe
Ciasta, ciastka, deseryKuchniaPrzepisy

Imbirki

by Shayneen 19 grudnia 2018
written by Shayneen

Święta za pasem, więc do moich uszu coraz częściej docierają informacje, że ruszyła lawina wypieku pierniczków. Kiedy moje córki były małe, nasza manufaktura kuchenna produkcję wspomnianych zaczynała już pod koniec listopada i robiła to w kilku rzutach! Określenie “manufaktura” nie jest określeniem przypadkowym, kuchnia bowiem totalnie zasypana była mąką, ja i dzieciaki również, a za foremki do wykrawania służyły sprzęty tak różne, że patrząc na to z perspektywy czasu stwierdzam, iż moim dzieciom należał się wówczas Nobel za kreatywność :) Z biegiem czasu pierniczki ustąpiły miejsca ciasteczkom imbirowym, nazywanym przez nas imbirkami – może dlatego, że preferencje smakowe dzieciaków poszły w kierunku smakołyków nieco bardziej pikantnych. Zatem dzisiaj nasz rodzinny, sprawdzony przepis na imbirki.

37,5 dag mąki
20 dag cukru
30 dag margaryny
7,5 dag mąki ziemniaczanej
7 łyżeczek mielonego imbiru
3 łyżeczki proszku do pieczenia
3 jajka
3 małe paczuszki cukru waniliowego
szczypta soli
cukier puder i barwniki spożywcze lub syropy do wykonania lukru

Margarynę, cukier, cukier waniliowy, jajka, sól i imbir utrzeć na gładką masę. Dodać mąkę, mąkę ziemniaczaną oraz proszek do pieczenia i zagnieść ciasto. Ostrzegam, że ciasto mocno lepi się do rąk; możecie mieć wrażenie, że należy dosypać mąki – zapewniam, że nie trzeba, a podana ilość składników jest idealna (sprawdzone!). Wyrobione ciasto wstawić do lodówki na 2 godziny. Po wyjęciu z lodówki wałkować na posypanej mąką stolnicy lub stole (dobrze jest też natrzeć mąką wałek, aby ciasto się nie lepiło). Wycinać ciasteczka foremkami, układać na posmarowanej margaryną blasze i wstawić na ok. 12 – 15 minut do piekarnika, nagrzanego do temperatury 175 – 180 st. C. Po upieczeniu można polukrować, udekorować polewą czekoladową itd. Ja najbardziej lubię imbirki saute, bez żadnych dekoracji – nawet tutaj przeważa mój minimalizm :) Smacznego :)

Przepis – oryginalny tekst i zdjęcie – pochodzi z mojego zamkniętego bloga “Rustic Nook od kuchni” i ukazał się pierwotnie 14 grudnia 2014 roku.

19 grudnia 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
zapiekanka z warzyw i tofu
KuchniaPrzepisyZ warzyw, owoców i ziół

Zapiekanka warzywna z tofu

by Shayneen 27 października 2018
written by Shayneen

Nie wiem dlaczego, ale w mojej kuchni bywają warzywa, które zawsze podświadomie uważałam za “trudne”. Takim warzywem jest między innymi bakłażan. Jakoś nigdy nie lubiłam eksperymentować z daniami, w których występował samodzielnie lub grał pierwsze skrzypce, więc staram się go przemycać w “zestawach”. Tak mi się wydaje… bezpieczniej :) Dzisiaj kolejna zapiekanka…

jeden średni bakłażan
1/2 – 3/4 kg zielonej fasolki szparagowej
1 mały kalafior
2 duże ziemniaki ugotowane i pokrojone w cienkie plastry
1 średni kubek gęstej śmietany (lub naturalnego jogurtu)
1 jajko
1 opakowanie tofu
przyprawy: sól, pieprz, bazylia, tymianek… co lubicie ;)
tarta bułka
olej lub inny tłuszcz do posmarowania formy

Od bakłażana odciąć “ogonek”, pokroić go w cieniutkie plasterki, posolić i odstawić na ok. 30 minut, by puścił sok, co pozbawi go goryczki. Opłukać, osuszyć. Ugotować fasolkę szparagową oraz kalafiora (osobno! :D ). Foremkę do zapiekania natłuścić i układać warstwami warzywa: ziemniaki, fasolkę, bakłażana, różyczki kalafiora. Jedną z warstw gdzieś w środku niech stanowi tofu, pokrojone w cienkie plasterki i posypane przyprawami. Ogólnie, jeśli lubicie dużo ziół, możecie nimi posypać każdą warstwę. Śmietanę wymieszać z jajkiem i zalać zapiekankę. Wierzch posypać tartą bułką. Wstawić do piekarnika na około 60 minut.

Zapiekanka warzywna z tofu
Zapiekanka warzywna z tofu

Przepis – oryginalny tekst i zdjęcia – pochodzi z mojego zamkniętego bloga “Rustic Nook od kuchni” i ukazał się pierwotnie 19 października 2014 roku.

27 października 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Newer Posts
Older Posts
Shayneen

Witaj! Mam na imię Małgorzata – dla przyjaciół ‘Shayneen’ – i… “biegnę z wilkami” ;) O tym, co dotychczas napotkałam na swej drodze biegnąc, przeczytasz tutaj: >>>>>

Archiwum wpisów

Ostatnie komentarze

  • Shayneen - Szypszyniec różany – jesienny cud natury
  • Shayneen - Murzynek rabarbarowo-jabłkowy

Tagi

bez czarny ciastka imbirowe cukinia dzika róża dżem galas szypszyńca różanego imbirki jabłka jabłka cynamonowo-waniliowe klopsy gryczane kosmetyki kwiat mniszka mniszek lekarski murzynek Organic Life pasta do chleba placek placek owocowy placek z rabarbarem placki placki z cukinii problemy wsi przetwory z zielonych pomidorów rabarbar rogale rogaliki drożdżowe sałatka na zimę z zielonych pomidorów sałatka zimowa sałatka z zielonymi pomidorami smalec smalec wegatariański smalec z fasoli syrop szypszyna szypszyniec różany słodkości słodycze tofu wypieki wyznania przedsiębiorcy pogrzebowego włoska kuchnia zapiekanka zapiekanka warzywna zielone pomidory z kasy gryczanej

Archiwum wpisów

  • Facebook
  • Twitter

@2021 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Shayneen
  • Tak myślę
    • Myślę, że…
    • Przeczytane
  • Kuchnia
    • Przepisy
      • Przetwory
      • Z mąki, kaszy, ryżu, makaronu…
      • Napoje, soki, syropy
      • Z warzyw, owoców i ziół
      • Ciasta, ciastka, desery
  • Natura
    • Świat roślin
      • Rośliny ozdobne
      • Zioła
    • Świat zwierząt
  • Zdrowie i uroda
    • Kosmetyki
    • Pielęgnacja
    • Po pierwsze – zdrowie
  • Miejsca
    • Wydarzenia
    • Podróże
  • Polityka prywatności i plików cookies
  • Home
  • O mnie