• Tak myślę
    • Myślę, że…
    • Przeczytane
  • Kuchnia
    • Przepisy
      • Przetwory
      • Z mąki, kaszy, ryżu, makaronu…
      • Napoje, soki, syropy
      • Z warzyw, owoców i ziół
      • Ciasta, ciastka, desery
  • Natura
    • Świat roślin
      • Rośliny ozdobne
      • Zioła
    • Świat zwierząt
  • Zdrowie i uroda
    • Kosmetyki
    • Pielęgnacja
    • Po pierwsze – zdrowie
  • Miejsca
    • Wydarzenia
    • Podróże
  • Polityka prywatności i plików cookies
  • Home
  • O mnie
Shayneen
Biegnę z wilkami
bigos weganski
PrzepisyZ warzyw, owoców i ziół

Bigos wegański na Dzień Bigosu

by Shayneen 20 stycznia 2018
written by Shayneen

Nie wiem, kto i kiedy postanowił, że 20 stycznia będziemy obchodzili Dzień Bigosu (nie znalazłam w necie żadnego racjonalnego wytłumaczenia tego święta), ale faktycznie – bigos to danie, któremu należy się szacunek i jeden dzień w roku “ku czci”! Przyczyn znajdzie się kilka: w każdym domu smakuje inaczej, bo wersji ma tyle, ile rodzin w Polsce, jest jednym z nielicznych dań, które im starsze, tym smakują lepiej (w sumie, w tej konkurencji należy mu się 1. na podium, przed keksem), wykarmi zarówno mięsnych, jak i bezmięsnych, no i chyba najważniejsze – jest tani i prosty w wykonaniu.

W sumie, wersja bezmięsna bigosu wielu osobom wydaje się być kulinarną abstrakcją, ale zapewniam Was, że bigos wegański w niczym nie ustępuje temu, do którego wali się mięcho (nie urodziłam się wegetarianką, wiem, jak smakuje jeden i drugi, więc skalę porównawczą mam). Zachęcam Was zatem do wersji vege!

Składniki – podaję orientacyjnie, na przysłowiowe “oko”, bo w bigosie nic nie musi być ważone co do grama:

1 kg kapusty kiszonej (ja mam swoją własnoręcznie kiszoną w słoikach)
1 kg kapusty białej (powinna być z kiszoną w proporcji 1:1)
garść suszonych grzybów
2 średnie cebule
1 duża marchew
ok. 10 sztuk suszonych śliwek
ok. 5 ziaren ziela angielskiego
po ok. 7-8 ziaren pieprzu czarnego i ziaren jałowca
ok. 5 listków laurowych
szczypta suszonego majeranku
łyżka sosu sojowego
olej do podsmażenia cebuli
sól, pieprz, papryka (ja używam ostrej) do smaku
koncentrat pomidorowy (u mnie ok. 5 łyżeczek, bo tak lubię)
ok. 1/2 łyżeczki (lub mała łyżeczka od kawy) “Podlaskiej przyprawy dla wegetarian” (ja dodaję, ale Wy nie musicie)

Gotujemy!!!

Suszone grzyby zalewamy gorącą, przegotowaną wodą i moczymy przez 2-3 godziny.
W dużym garnku gotujemy wodę i do wrzącej wrzucamy drobno poszatkowaną białą kapustę – niech się dusi i mięknie. W tym czasie na patelni rozgrzewamy olej, wrzucamy cebulę, uprzednio obraną i posiekaną w piórka, i podsmażamy ją lekko. Obraną i startą na grubych oczkach taki marchew dorzucamy do podsmażonej cebuli i przesmażamy jeszcze chwilę razem. Jeśli chcecie, możecie w tym momencie namoczone grzyby posiekać, ale ja wolę je pływające w bigosie w całości. Dodajemy grzyby wraz z wodą, w której się moczyły do cebuli i marchewki i znów dusimy razem przez 2-3 minuty.
Do gotującej się białej kapusty dodajemy kwaszoną, dusimy razem przez ok. 40 minut, a następnie dokładamy przesmażoną cebulę wraz z marchewką i grzybami. Dorzucamy posiekane suszone śliwki, ziele angielskie, pieprz czarny w ziarnach, jałowiec, liście laurowe, majeranek i paprykę w proszku. Gotujemy wszystko, często mieszając, przez minimum 45 minut (bigos, jak to bigos, im dłużej się gotuje, tym lepiej). Kiedy kapusta zmięknie, dodajemy sos sojowy, koncentrat pomidorowy, doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Gotujemy jeszcze przez chwilę.
I w sumie na tym można skończyć i zajadać ze smakiem, ale ja kiedyś dokonałam odkrycia! Odkąd zakochałam się w “Podlaskiej przyprawie dla wegetarian”, dodaję ją do sałatek, kanapek, koktajli warzywnych itd., więc wpadłam też na pomysł, by poeksperymentować z bigosem wegańskim i… bingo! W tej mieszance jest fantastyczna, bardzo oryginalna kompozycja ziół, która moją wersję bigosu super “podkręciła” – myślę, że to zdecydowanie zasługa czarnuszki i kolendry. Polecam! Wypróbujcie! Przyprawę można kupić w sklepach ze zdrową żywnością, w marketach na stoiskach z produktami eko, ale także na stronie internetowej producenta (nie, nie – to nie jest “artykuł sponsorowany”, ja nic z tego nie mam, a i producent nie wie, że zachwalam jego produkt, więc spokojnie).
https://www.ziolowyzakatek.sklep.pl/pl/p/PODLASKA-PRZYPRAWA-DLA-WEGETARIAN-50g-Dary-Natury-przyprawy-bez-chemii/194

Smacznego w Dniu Bigosu, Kochani! :)

 

20 stycznia 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Kartka z kalendarza
Myślę, że...Tak myślę

Czy postanowienia noworoczne to ściema?

by Shayneen 16 stycznia 2018
written by Shayneen

Od kilku tygodni w sieci (i ogólnie w mediach) bombardują nas tematem postanowień noworocznych. Przyjęło się, że przełom roku skłania do podsumowań, wywlekania plusów i minusów, wyliczanek, co się udało, a co padło trupem, i oczywiście -w punkcie kulminacyjnym- zobowiązuje niejako do wyznaczenia sobie ścieżki na Nowy Rok, która ma nas zaprowadzić na szczyty sukcesu i ogólnej szczęśliwości, z deadline’m w dniu 31 grudnia. Szczególnie obecny przełom roku był niesamowicie bogaty w publiczne podsumowania blogerów, marketerów internetowych, coachów itd., czego dowodem są masowe posty blogowe, wpisy na fanpejdżach, nie mówiąc o ilości newsletterów “w temacie”, trafiających do skrzynek mailowych.

Czy to źle, że takie podsumowania i “publiczne planowania” mają miejsce? Nie, jeśli dla osób czytających staje się to motywatorem i kołem napędowym do działania na zasadzie: “Kurde, skoro jej / jemu się udało, to mi przecież musi się udać pięć razy!”… Ale… Czy to dobrze? Nie, jeśli dla innej, słabszej osoby “pasmo sukcesów idola” staje się kopaniem leżącego, który myśli: “Rany, przecież mi piętnastu żyć nie starczy, żeby osiągnąć chociaż połowę z tego!”… Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Czy w takim razie postanowienia noworoczne to ściema?

Tak, ponieważ stawia się ludzi pod ścianą czasu!
“Yyyy, ta i tamta blogerka napisała, że chce w Nowym Roku to i tamto, a do czerwca to nawet kupi sobie dom i wyjedzie na wczasy w tropiki, i zarobi kilkadziesiąt tysięcy, to ja muszę sobie postanowić, że zrobię……. (i tu pada długa lista “muszę”, “powinnam”, “wypada”, “jest w modzie”, “inni robią, to ja też”)… Nacisk medialny w postaci wszelkich kursów, webinarów, live’ów, e-booków, grup na facebooku, krzyczących: “Z Nowym Rokiem musisz wyznaczyć sobie cele, postanowienia, a ja powiem ci, jak to zrobić, bo jak nie, to cofniesz się o sto lat” jest tak wielki, że wszyscy (a najczęściej my, kobiety), zaczynają kręcić się, jak chomiki w kołowrotku, tracąc czas na kilkanaście spotkań online, po których mają totalnie wymieszane w głowach (chociaż pozornie wydaje się, że właśnie te spotkania im “poukładały”), rozpisywać sobie w kalendarzu (przepraszam, w planerze) zadania i cele na calutki rok, nie zapominając o imieninach, urodzinach, kawie z teściową, saunie, Wigilii w korpo, spotkaniach z trenerem personalnym, zakupach ze stylistką, szczepieniu psa (na to znalazła się raptem godzina 15 maja po południu, więc Boże broń, jeśli u weta spędzisz dwie godziny, bo rozpieprzy się Twój cały plan na ten dzień i będziesz musiała przełożyć coś na 16 maja, a tam masz już przecież cały dzień zaplanowany od A do Z, więc znów dupa!)… Uff!!! Ty ledwie dałaś radę w ubiegłym roku, a tutaj od 1 stycznia tyle planów, że kalendarz… tfu! planer… zapisany drobnym maczkiem, a jeszcze przecież trzeba wpleść “nowe postanowienia”! Jak nie robisz nic nowego, to się nie rozwijasz! Myślisz sobie: “Kurde, Maryśka zapisała się na chiński, to może z nią pochodzę. Znam już cztery języki, chiński po kij mi potrzebny, ale we dwie raźniej i mój mózg nie zgnuśnieje. W podsumowaniu roku będę mogła napisać, że nauczyłam się chińskiego! Tylko gdzie tu wcisnąć te trzy godziny w tygodniu? Może będę wstawać o 4. rano, żeby ugotować obiad, a popołudnie przeznaczę na te lekcje”.

Zapamiętaj sobie jedno: wyluzuj, bo nic nie musisz, a Twój Nowy Rok z postanowieniami może się zacząć równie dobrze 5 lutego, 30 kwietnia lub 15 lipca!

Postanowienia są ważne, kształtują Twoją rzeczywistość, ale muszą wychodzić głęboko z Twojego serducha, muszą być Twoje! Myślisz, że ja nie wpadałam kiedyś w błędne koło postanowień noworocznych, z których nic nie wynikało? W niektórych jakimś cudem udawało mi się wytrwać do marca! Myślałam, że jestem mistrzynią beznadziei, bo w połowie roku okazywało się, że jestem w czarnej dupie, ale… z mocnym postanowieniem, że “od Nowego Roku to już na pewno i od nowa, i tym razem na bank się uda, bo przecież mam pół roku, by się przygotować”. Wiesz, to tak, jak niektórzy mają z odchudzaniem “od poniedziałku”. Dopiero z biegiem lat dotarło do mnie, że te postanowienia albo tak naprawdę nie były mega ważne, albo czasowo wypadały w nie najlepszym momencie, albo nie były moje… a jeśli nawet moje były, to nie zadawałam sobie trzech zasadniczych pytań, do których musiałam dojrzeć:

Co? Dlaczego? W jaki sposób?

Szczególnie to “dlaczego?” jest ważne, ponieważ zadane sobie setny raz pozwala zrozumieć, czy to Twoje postanowienie jest w ogóle z Twojej bajki. Może się bowiem okazać, że to bajka męża, mamy, przyjaciółki, szefa, blogerki modowej z milionowymi zasięgami na Instagramie, sąsiadki z drugiego piętra, która tak bardzo Ci imponuje karierą zawodową (nie masz pewności, czy czasami nie myśli o odejściu z korpo…), albo gwiazdy telewizji śniadaniowej.

Dlatego, kiedy już podejmiesz jakieś postanowienie, czyli odpowiesz sobie na pytanie: co? (chcę zrobić to…, chcę pojechać do…, chcę się nauczyć… itd.), milion razy zapytaj siebie: “dlaczego?” – albo poczujesz, że z każdym “dlaczego?” odczuwasz w serduchu niesamowitą radość, pewność, że “to jest to!”, że każda komórka Twojego ciała gra z tym postanowieniem w jednej orkiestrze… i wtedy odpowiedź: “w jaki sposób?” przyjdzie sama, zupełnie naturalnie, bez wymuszania… albo nie poczujesz nic -zero, nul- i wtedy zarówno to postanowienie, jak i odpowiedź na pytanie: “w jaki sposób?” możesz sobie odpuścić. I nie masz czego żałować – właśnie zrobiłaś miejsce na postanowienie, które będzie Twoje! Całe Twoje i tylko Twoje!

Już dawno temu powiedziałam STOP wyścigowi szczurów i wiem, ile mogę i ile jestem w stanie udźwignąć. Oczywiście, jak u każdego są okresy, gdy niczym Syzyf pcham swój kamień pod górkę, gdy jakieś plany się posypią, coś pójdzie nie tak, z czymś się przeliczę, albo zwyczajnie dojdę do wniosku, że świadomie stanęłam przed jakimiś drzwiami, a po ich otwarciu okazało się, że po drugiej stronie jest nie to, czego oczekiwałam i lepiej wycofać się, będąc jeszcze w progu. To są sytuacje, które również pożerają czas, a czas to jedyna rzecz (oprócz ziemi), której pomnożyć nie można. Dlatego planuję! Też mam swoje cele, postanowienia oraz nawyki, z którymi pracuję. Ale nie wariuję i nie muszę nic “za wszelką cenę”, bo przeżyłam już trochę na tym świecie i dzisiaj wiem, że ta “cena” może być mocno przekombinowana.

Podsumowując… Planuj i wyznaczaj sobie postanowienia, pracuj nad nawykami, ale niech Twój 1 stycznia, Twój Nowy Rok będzie wtedy, kiedy Ty chcesz. Jeśli po “co? dlaczego? w jaki sposób?” doszłaś do wniosku, że jednak z Nowym Rokiem… czyli np. 10 lutego lub 1 kwietnia :) … chcesz iść na ten pilates, idź. Poczuj, czy to jest to. Jeśli tak, niech te  ćwiczenia wejdą Ci w nawyk, a kiedy już staną się cząstką Ciebie, bez której nie wyobrażasz sobie Twojego tygodnia, podejmij kolejne postanowienie. Takie wplatanie nowych rzeczy w te, z którymi świetnie sobie radzimy pozwala płynnie ogarniać czas i zapewniam Cię, że pod koniec roku zorientujesz się, że w taki naturalny sposób wplotłaś w swoje życie kilka nawyków, czy zrealizowałaś kilka celów lub postanowień, z którymi na bank nie dałabyś rady, rzucając sobie wyzwanie “Wszystko Razem Od 1 Stycznia”.

Powodzenia!

P.S. Wiem, że tym wpisem narażę się wielu blogerom, coachom od zarządzania czasem, mówcom motywacyjnym, ale ze mnie taki typ niepokorny, że zawsze mówię (piszę), co myślę, a powyższe przemyślenia wynikają z moich życiowych doświadczeń, a nie książek na temat rozwoju osobistego (które nb. także czytam… i nawet lubię, co nie znaczy, że zawsze się z nimi zgadzam i łykam jako prawdy objawione). Żaden też ze mnie psycholog – po prostu zwykły człowiek z doświadczeniem ;)

 

 

16 stycznia 2018 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
szukanie zaginionego psa
NaturaŚwiat zwierząt

Zaginął pies!!! Co robić?!

by Shayneen 31 grudnia 2017
written by Shayneen

Co robić, gdy wydarzy się najgorsze i zaginie pies (lub kot)?
Przede wszystkim zachowaj zimną krew i rozpocznij poszukiwania natychmiast, włączając do akcji jak największą liczbę osób z rodziny, znajomych, przyjaciół, sąsiadów. Jedna osoba nie ogarnie logistycznie wszystkiego, a uwierz mi, jest co robić, by psiak jak najszybciej wrócił do domu. Poniżej najrozsądniejsza (wydaje mi się) “procedura”.

Przygotuj i rozwieś ogłoszenia!

Teraz wiesz, dlaczego w poprzednim wpisie sugerowałam, by zawsze mieć w zasobach w miarę aktualne zdjęcie zwierzaka? Zdjęcie musisz zamieścić w ogłoszeniu, by osoby, które natkną się na psiaka miały pewność, że chodzi właśnie o niego, a skąd mają wiedzieć, że to właśnie ten kilkuletni, skoro zamieszczasz zdjęcie szczeniaka? To tak, jakby szukać 60-letniego człowieka na podstawie zdjęcia komunijnego lub z gimnazjum. Uwierz mi, zwierzęta także się zmieniają.
Oprócz zdjęcia w ogłoszeniu zamieść informację gdzie i kiedy zwierzak się zgubił, czy jest zaczipowany, czy na coś choruje, jak się wabi, czy ma jakieś znaki szczególne, a jeśli miał na sobie szelki lub obrożę, to jakiego była koloru, czy posiadała adresatkę (czasami właściciele umieszczają dane psa na odwrocie obroży, co na pierwszy rzut oka nie jest widoczne dla potencjalnego znalazcy). Oczywiście, podaj swoje dane do kontaktu – wystarczy numer telefonu. Co z ewentualną nagrodą dla znalazcy? Uważam, że za odnalezienie zwierzaka nie powinno się brać pieniędzy (zwierzak to nie rzecz materialna, za którą bierze się tzw. znaleźne, a żywa istota), ale skoro uważasz, że to może zachęcić znalazcę, a twojego konta nie nadwyręży, to decyzja należy do ciebie.
Gdzie powiesić ogłoszenia? Najpierw w okolicy, gdzie zwierzak widziany był ostatni raz, następnie krąg trzeba rozszerzyć o twoje miejsce zamieszkania, o okoliczne lecznice weterynaryjne, schroniska (schronisko to pierwsze miejsce, gdzie należy go szukać, a zdjęcie może im się przydać nawet za kilka dni, bo przy takiej liczbie psich nieszczęść można się pogubić), fundacje zajmujące się zwierzętami, wybiegi dla psów (psiarze mają rewelacyjną pamięć do zwierząt!), okoliczne sklepy, słupy i gabloty ogłoszeniowe, sklepy zoologiczne, okolice szkół – słowem wszędzie tam, gdzie znajdują się spore skupiska ludzi i jest szansa, że ogłoszenie zobaczy jak największa liczba osób.
Weź pod uwagę taksówkarzy i im przekaż ogłoszenia ze zdjęciem! Poruszają się po dużym terenie, więc jest szansa, że wypatrzą gdzieś twojego psiaka, a uwierz mi, że zagubiony pies może pokonać spore odległości!

Wrzuć ogłoszenie ze zdjęciem na Facebooka!!!

Facebook to potęga, jeśli chodzi o ilość odnalezionych zwierząt!!!
Wrzuć ogłoszenie na swoją tablicę i poproś o udostępnienie znajomych… I tutaj uwaga! Jeśli masz na swoim koncie zablokowane udostępnianie, a twoja tablica jest widoczna tylko dla twoich znajomych, odblokuj wszystko! Przynajmniej na czas poszukiwań.
Następnie wrzuć ogłoszenia ze zdjęciem do grup typu “Zaginione / znalezione…” – takich grup jest na fb pełno, są lokalne i ogólnopolskie. Nie sugeruj się odległością; jeśli jesteś np. z Wielkopolski, śmiało dodawaj ogłoszenie do grup z Mazowsza. Nie masz pewności, gdzie za kilka dni czy tygodni odnajdzie się twój psiak! Moi znajomi odnaleźli swojego zaginionego psa po 2 latach w schronisku oddalonym od ich miejsca zamieszkania o ponad 300 km! Ludzie jechali znad morza, zgarnęli psiaka z parkingu przy drodze pod Kołobrzegiem i zawieźli do schroniska… na Śląsku, bo tam mieszkali! Nie masz wpływu na “pomysły” ludzi!
W grupach na fb, gdzie umieszczasz ogłoszenia sprawdź, czy ktoś nie wrzucił ogłoszenia o odnalezieniu twojego zwierzęcia! Przedrzyj się przez wszystkie ogłoszenia aż do daty, kiedy twój pies zaginął!
Znajdź na facebooku fanpejdże fundacji, stowarzyszeń, TOZ-ów, schronisk i przytulisk, które pomagają zwierzętom i w wiadomościach prywatnych poproś o udostępnienie twojego ogłoszenia na ich tablicach. Na pewno nie odmówią. Musisz tylko pamiętać o tym, że z reguły wolontariusze nie siedzą cały czas na fejsie, bo mają w realu pełne ręce roboty, więc aby twoja prośba nie leżała za długo nieprzeczytana w wiadomościach sprawdź, czy w informacjach na ich tablicy nie ma jakiegoś numeru telefonu kontaktowego – jeśli jest, wyślij SMS-a z informacją, że taką wiadomość wysłałaś i prosisz o jak najszybsze jej udostępnienie. To działa!

Wrzuć ogłoszenia na lokalne portale internetowe!

Każde miasto ma swoje portale informacyjne i jeśli napiszesz do administratorów, na pewno nie odmówią pomocy.
Często w takich portalach jest też “tablica ogłoszeniowa”, z której należy skorzystać.
Pamiętaj o portalach typu OLX czy Gumtree!

Zawiadom policję i straż miejską, zostawiając także tam ogłoszenie ze zdjęciem!

Policjanci i strażnicy miejscy patrolują duże obszary miejskie i podmiejskie, więc jest realna szansa, że wypatrzą psa lub kota. Poza tym ludzie, którzy odnajdą zwierzaka, często właśnie dzwonią do straży miejskiej.

A co, jeśli mieszkasz poza miastem???

“Procedura ogłoszeniowa” jest taka sama, ale jeśli istnieje podejrzenie, że twój zwierzak nawiał do lasu, zawiadom dodatkowo leśniczego, straż leśną, koło łowieckie itd.
I teraz sposób, który może wydać się dziwny, ale bywa skuteczny (potwierdzone w kilku przypadkach!)… Jeśli jest szansa, że pies błąka się po lesie, i nie może znaleźć drogi powrotnej do domu, podrzyj na strzępy jakąś swoją odzież, która mocno przesiąknęła twoim zapachem lub kocyk, należący do zaginionego psiaka i na sporej przestrzeni pozawieszaj na krzakach, na niskiej wysokości. Jest szansa, że psiak złapie trop. Oczywiście kilka razy dziennie przeczesujcie ten teren, nawołując psa!
Jest jeszcze “sposób na innego psa”, szczególnie, jeśli był zaprzyjaźniony z twoim! Zabierz go na poszukiwania; być może trafi na trop, albo twoja “zguba” po węchu trafi na niego.

I na koniec najważniejsze: szukaj i nigdy się nie poddawaj!

Choćby trwało to całymi miesiącami, bo często zwierzęta odnajdują się po wielu miesiącach, a nawet kilku latach, czasami w całkiem dziwnych miejscach, niekiedy bardzo oddalonych od miejsca zamieszkania.

A, i jeszcze coś! Kiedy twój zwierzak już się odnajdzie, postaraj się pousuwać z grup na fb i w ogóle z netu i w realu ogłoszenia, bo -przynajmniej w grupach i na fanpejdżach- ludzie muszą się niepotrzebnie przedzierać przez mnóstwo ogłoszeń już nieaktualnych.

P.S. Jeśli przedrzesz się przez całą “procedurę”, a jednak stwierdzisz, że przyda ci się moja pomoc w poszukiwaniach, kontaktuj się ze mną śmiało. Zrobię, co w mojej mocy (chociaż mam czasami “moce” ograniczone).

 

31 grudnia 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Pies w Sylwestra - jak pomóc
NaturaŚwiat zwierząt

Jak zabezpieczyć psa przed Sylwestrem?

by Shayneen 29 grudnia 2017
written by Shayneen

Zaczęło się… Słyszalne od kilku dni huki wystrzałów wskazują, że nieuchronnie zbliża się Sylwester – dla kogo radosny, dla tego radosny, ale na pewno nie dla zwierząt (domowych i dzikich), a także dla ich właścicieli. Jak każdego roku i tym razem animalsi w fundacjach, stowarzyszeniach i schroniskach będą mieć pełne ręce roboty, będzie ogrom niepotrzebnego stresu, strachu, rozpaczy, a media społecznościowe i słupy ogłoszeniowe w całej Polsce zapchane zostaną ogłoszeniami o zaginięciu psa lub kota. O tragedii tych domowych będziemy wiedzieć – o tragedii dzikich zwierząt mało kto myśli… Nie cierpię sylwestrowego hałasu, bo żadnego z tego pożytku (dla ludzi też, zważywszy, że kolejny raz poleje się krew z urwanych palców, dłoni, poranionych twarzy), ale to jak walka z wiatrakami. Jeśli nie można tej głupoty zwalczyć, trzeba się zabezpieczyć – a już na pewno nasze zwierzęta domowe!

Zaopatrz swojego psa w adresatkę!

To najprostsza i najważniejsza rzecz, jaką możesz zrobić! Nie musi to być super piękna adresatka. Wystarczy, że na kawałku plastiku, na obroży, na szelkach zapiszesz niezmywalnym markerem imię psa i twój numer telefonu. To kilka lub kilkadziesiąt złoty, ale nieporównywalnie mniej, niż późniejsze poszukiwania i oferowanie nagród pieniężnych za odnalezienie.
Jeśli twój pies nosi szelki, to OK, natomiast jeśli wyprowadzasz go w obroży, w okresie sylwestrowym zakładaj mu… 2 obroże! Najpierw tę opisaną, a następnie tę zakończoną smyczą. Dlaczego? Z moich wieloletnich animalsowych doświadczeń wynika, że czasami pies bywał “opisany”, ale w panice wysuwał łeb z obroży, a właściciel zostawał ze smyczą, obrożą i… adresatką.
Często słyszymy, że nie ma strachu, bo pies jest zaczipowany, więc łatwo się odnajdzie. Nic bardziej mylnego! Czipowanie jest OK, ale jeśli zostaje odnaleziony przez prywatną osobę, która nie ma czytnika czipów, której do głowy nie przyjdzie, by poprosić o to najbliższego weterynarza czy straż miejską, czas na dotarcie do właściciela niepotrzebnie się wydłuża…. Pomijam fakt, że spotkałam się w Poznaniu z przypadkiem, gdy wezwana do psa straż nie miała czytnika i wzywała Eko Patrol!

Zabierz psa na spacer na najmocniejszej smyczy, jaką posiadasz!

Jest to szczególnie ważne dla właścicieli dużych, silnych psów, aczkolwiek nawet mały pimpek w panice może nieźle szarpnąć! Posprawdzaj sprawność karabińczyków.
Jeśli mieszkasz na wsi, blisko lasu i często spacerujesz z psem leśnymi traktami, ta masywna smycz i obroża będą także niezbędne, ponieważ z moich “wiejskich” doświadczeń wynika, że i tutaj ludziska lubią postrzelać, niestety.
I teraz napiszę coś, za co niektórzy zechcą mnie powiesić, ale ja i tak będę trwała przy swoim zdaniu. Otóż, jeśli już koniecznie musisz iść z psem w Sylwestra w okolice lasu, nigdy nie spuszczaj go ze smyczy i… nie zakładaj kagańca!!! Jeśli pies zerwie się w panice, pójdzie w las i zabłądzi, nie ma dla niego nic gorszego, niż kaganiec na kufie. Po pierwsze staje się całkowicie bezbronny wobec zagrożeń, jakie na niego czyhają (dzikie zwierzęta, inne, obce psy), a po drugie tragedią jest, gdy wycieńczony, samotny pies nie może napić się wody z przydrożnej kałuży.
Wiem, zaraz podniosą się głosy, że to ten pies może być zagrożeniem dla zwierzyny leśnej, ale uwierzcie mi, że dla przerażonego, szukającego powrotnej drogi do domu psa, ostatnią rzeczą jest chęć pohasania dla zabawy za napotkanym zającem. Takie jest moje zdanie – koniec kropka.

Nie zostawiaj psa biegającego swobodnie po posesji!

Pies ze strachu potrafi pokonać nawet najwyższy płot czy bramę. W tych dniach staraj się zawsze mieć psa na oku, wpuść go do domu lub udostępnij mu garaż – tak, by czuł się bezpieczny. Pilnuj, by pies lub kot nie wymknął się przez niedomknięte drzwi lub okna.

Nie zabieraj psa na sylwestrowe imprezy masowe!

To największa głupota i to nie tylko w Sylwestra… Kiedy widzę durnych właścicieli, ciągnących swoje psy w tłum na koncertach czy innych masowych imprezach, mam ochotę podejść, rzucić właściciela na kolana i kazać mu przejść chociaż 20-30 metrów, ze wzrokiem na wysokości setek stłoczonych ludzkich kolan, bez możliwości ucieczki. Do tego dziesiątki ludzkich stóp, depczących psie łapy, ogrom obcych zapachów, obcych odgłosów… wszechogarniający chaos. A w sylwestrową noc dodatkowo fajerwerki na niebie, butelki świszczące w powietrzu i tłuczone szkło na chodnikach, o które psiak niefortunnie może pokaleczyć łapy. Zdarzały się wypadki, gdy psy łapały w pysk przelatujące petardy, które potem raniły je lub zabijały.

Na ostatni spacer zabierz psa nie później niż 2-3 godziny przed “godziną zero”!

A potem zapewnij mu w domu spokojny, w miarę cichy kącik, w którym będzie czuł się bezpiecznie. U wielu psów (kotów także) sprawdza się łazienka, najczęściej bez okien, więc zwierzak nie widzi fajerwerków, a odgłosy petard docierają mocno przytłumione. Moja śp. Nuka wybierała właśnie łazienkę, ewentualnie miejsce pod krzesłem, przykrytym aż do podłogi pokrowcem. Charlie natomiast zakopuje się w poduszki na łóżku.
Nie zachowuj się wobec psa przesadnie “pieszczotliwie”. Staraj się zachowywać spokojnie i naturalnie, bo da to psu większe poczucie bezpieczeństwa niż przesadne tulenie i głaskanie.

Zaprowadź psa do weterynarza!

Kota też! Jeśli zwierzak naprawdę nie radzi sobie ze stresem, mogą pomóc środki uspokajające, ale nigdy nie ordynuj ich samodzielnie, bez porozumienia z weterynarzem! Wiele osób podaje zwierzakom leki uspokajające, przeznaczone dla ludzi, w tym ziołowe, ale nie masz pewności, jaka dawka będzie bezpieczna dla twojego psa czy kota.

Zrób zwierzakowi aktualne zdjęcie!

To bardzo ważne, ponieważ kiedy zdarzy się najgorsze i psiak zaginie, aktualne zdjęcie będzie ci potrzebne do zamieszczenia w ogłoszeniu. Zwierzęta z biegiem czasu się zmieniają, zmienia się ich waga, postawa, umaszczenie, na starość siwieją, więc nie ma nic gorszego niż świadomość, że nasz pies ma 8 lat, a my właściwie posiadamy jedno zdjęcie z okresu, gdy był kilkumiesięcznym szczeniakiem.

Tych kilka rad to podstawowe BHP sylwestrowe. Oczywiście, można, a nawet trzeba przyzwyczajać zwierzęta do hałasu, ale z własnego, wieloletniego doświadczenia wiem, że nie z każdym zwierzakiem się udaje. Najczęściej też, podobnie jak u ludzi, z wiekiem zmieniają się ich preferencje, odporność na hałas itd. To, co dla szczeniaka było dobrą zabawą, dla psa w wieku 5-7 lat i więcej może być mordęgą. Dlatego nigdy nie kieruj się zasadą: “mój pies (kot) zawsze świetnie znosił Sylwestra”. Kiedyś może być ten pierwszy raz, kiedy zwierzak odmówi udziału w “szampańskiej zabawie”. I będzie to zupełnie normalne.

Cóż, pozostaje mi życzyć wszystkim zwierzętom i ich właścicielom spokojnego, bezstresowego Sylwestra. I obyśmy wszyscy obudzili się w Nowy Rok w komplecie!

Tak sobie myślę, że następny wpis będzie chyba o tym, co zrobić, kiedy stanie się najgorsze i nasz zwierzak się zgubi…

 

 

 

29 grudnia 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Krem do szyi i podbrodka
KosmetykiZdrowie i uroda

Kobieta starzeje się od szyi, czyli… opiniuję krem Super Oval “Dreams” firmy ATW BeautyLab

by Shayneen 9 stycznia 2017
written by Shayneen

Słynne powiedzenie, że kobieta starzeje się od szyi, niestety, nie jest pozbawione logiki. Na szyi bowiem znajduje się bardzo mało gruczołów łojowych, niewiele włókien kolagenu i elastyny. Pomijam fakt, że mięśni na niej, jak na lekarstwo i zazwyczaj zapominamy o nich – ćwiczymy nogi, brzuchy, pośladki, a szyja i podbródek “leżą odłogiem”. Zimą motamy ją w szale i golfy, latem narażamy na silne działanie słońca, więc nic dziwnego, że często już po 30′ nasze szyje zdobią “naszyjniki Wenus”, czyli poziome zmarszczki, pogłębiające się z każdym rokiem. Nazwa może ładna, ale efekt wizualny niekoniecznie…
W związku z tym, że lepiej zapobiegać, niż leczyć, warto zafundować szyi specjalne kosmetyki. Ja skończyłam właśnie pierwsze opakowanie kremu do szyi i podbródka z serii “Dreams” firmy ATW BeautyLab (obecnie już Organic Life). Przyznam, że nie ograniczałam się tylko do szyi i podbródka, ale stosowałam go także na dekolt, ponieważ niezmiennie twierdzę, że twarz kobiety zaczyna się… tuż nad biustem! Może właśnie dlatego, że nigdy nie zapominałam o dekolcie, nie muszę się go wstydzić, będąc już po 50′ ;)

Krem zawiera mnóstwo wysoko skoncentrowanych  wyciągów botanicznych i innych cennych składników, w tym m. in. : ruszczyk kolczasty, oczar wirginijski, rdest ptasi, bluszcz pospolity, wąkrotę azjatycką, zieloną herbatę, paulinię guaranę, oleje z pestek winogron, orzeszków makadamia, słodkich migdałów, kokosowy, witaminy A i E, lecytynę, D-panthenol, magnez oraz promotor syntezy kolagenu (DPHP).
Jak zapewnia producent, dzięki bogactwu w/w składników, krem wygładza zmarszczki, poprawia owal twarzy, zapewnia jędrność podbródka i szyi, przywraca gładkość i sprężystość skóry, likwiduje obrzęki, zwiększa gęstość naskórka, działa silnie antyoksydacyjnie. To sprawia, że jest idealnym kosmetykiem również podczas kuracji odchudzających!
Jak wszystkie kosmetyki ATW, nie zawiera pochodnych ropy naftowej, parabenów, silikonów, GMO, PEG-ów, wazeliny. Jest idealny dla wegan i wegetarian.

Tyle producent, a jakie są moje wnioski po zużyciu pierwszego słoiczka?
Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła mi się w oczy po otwarciu opakowania, był cudny kolor. Przyzwyczajona do wszędobylskiego kolory białego, uśmiechnęłam się na widok specyfiku w odcieniu jasnego beżu. Jedynym minusem -ale to z mojej winy- było lekko zabrudzone ramiączko stanika. Pierwszą aplikację czyniłam bowiem w staniku i zamachnęłam się nie tam, gdzie trzeba :) W sumie, nic się nie stało, ponieważ okazało się, że plamka zeszła w praniu bez problemu, ale kolejne wklepywania robiłam już bez zbędnej odzieży. Krem po wchłonięciu nie plami już niczego, więc spokojnie…
Wydajność – zaskakująco wysoka! Mimo, iż w moim przypadku do szyi i podbródka dochodził cały dekolt, opakowanie starczyło naprawdę na długo! A, i jeszcze coś – należę do bardzo nielicznej grupy kobiet, które pod pojęciem “szyja”, rozumieją też kark! Tak! Może to głupie, ale ja kosmetyki do pielęgnacji szyi nanoszę tak z przodu, jak i z tyłu :)
Skuteczność? Należę do osób szczupłych, nie mam problemu z tzw. drugim podbródkiem, więc krem nie miał mi czego “podnosić” i “wyszczuplać”, ale  faktem jest, że ładnie zarysował mi okolice żuchwy, skóra na szyi i dekolcie wyładniała, stała się zdecydowanie bardziej napięta i gładka.
Podsumowując: polecam każdej kobiecie, która już dba o szyję, dekolt i podbródek, jak też tej, która dopiero postanawia wdrożyć kosmetyki, poświęcone tym partiom ciała.

Zarówno ten krem, jak również pozostałe kosmetyki Organic Life (kiedyś ATW BeautyLab), możesz kupować z rabatem 20%, rejestrując się bezpłatnie i niezobowiązująco pod linkiem:

https://shayneen.organiclife.com.pl/register.html

EDIT:
Krem nie jest już, niestety, dostępny w ofercie marki Organic Life, nad czym ubolewam, ponieważ był naprawdę świetny. Mimo wszystko zostawiam ten wpis na blogu, gdyż może się zdarzyć, że ktoś z konsultantów lub partnerów firmy ma jakiś egzemplarz na sprzedaż.

 

9 stycznia 2017 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Dżem z dyni i śliwek
PrzepisyPrzetwory

Dżem dyniowo-śliwkowy (niezbyt gęsty)

by Shayneen 2 września 2016
written by Shayneen

Dynia w moim domu rodzinnym była traktowana po macoszemu – zapewne dlatego, że mojej mamie było z nią nie po drodze. Potem, kiedy już poszłam “na swoje”, pojawiła się na moim stole zaledwie kilka razy w ciągu kilkunastu lat. Dopiero teraz, mieszkając na wsi i korzystając z możliwości uprawy warzyw na swoim własnym poletku, zaczęłam ją odkrywać na nowo. W tym roku obrodziła rekordowo, zagłuszając przy okazji warzywa na sąsiednich grządkach. Eksperymentuję z nią na wszelkie możliwe sposoby, wykorzystując w codziennych posiłkach, ale że:
a) nie jesteśmy w stanie pochłonąć jej na bieżąco,
b) zabrakło mi już chętnych do obdarowania, bo rozdałam chyba wszystkim zainteresowanym
więc zaczynam przetwarzać :D Przeciery, marynaty, dżemy… O, właśnie! Dżem, który skombinowałam zupełnie intuicyjnie, a wyszedł tak pyszny, że się dzisiaj nim z wami podzielę. Przepisem, oczywiście ;)

70 dag dyni (waga po obraniu)
30 dag śliwek węgierek (waga po wypestkowaniu)
80 dag cukru
6 – 7 goździków
3 bogate w listki gałązki tymianku
4 – 5 plasterków obranego imbiru (grubości ok. 0,5 cm)

Dynię pokroić w kostkę i wrzucić do garnka razem ze śliwkami. Zarówno dynia, jak i śliwki powinny puścić sporo soku, więc nie należy dodawać wody – w “tragicznej” sytuacji można dolać odrobinkę… ale naprawdę odrobinkę! Następnie zasypać cukrem i gotować, aż wszystko zacznie się ładnie rozpadać i łączyć. Obrane plasterki imbiru posiekać na drobniutkie kosteczki i wrzucić do masy wraz z goździkami i poobrywanymi listeczkami tymianku. Gotować ok. 10-15 minut. Celowo piszę “gotować”, a nie “smażyć”, ponieważ dżem wychodzi niezbyt gęsty. Jego konsystencja jest idealna np. do naleśników… lub do wyżerania łyżeczką bezpośrednio ze słoika, bo -przyznam szczerze- ta ostatnia opcja mi najbardziej odpowiada :)
Gorącym i przepięknie pachnącym dżemem wypełnić słoiki, zamknąć i pasteryzować ok. 20 minut.

Dżem z dyni i śliwek węgierek

Dżem dyniowo – śliwkowy

2 września 2016 2 komentarze
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Krem do rąk regenerujący
KosmetykiOrganic LifeZdrowie i uroda

Regenerujący krem do rąk ATW BeautyLab – test i opinia

by Shayneen 1 lipca 2016
written by Shayneen

Jak już kiedyś wspomniałam, zaczęłam testować na sobie i moich córkach kosmetyki ATW. Jednym z kosmetyków, którego pierwsze opakowanie zużyłam, jest regenerujący krem do rąk.  Na wstępie może troszkę o jego składzie oraz obietnicach producenta…
Krem w swoim składzie zawiera ponad 20% wyciągów botanicznych, a także oleje naturalne i masła wzbogacone witaminami A, E oraz B5. Główne składniki botaniczne to: lukrecja gładka, aloes zwyczajny, nagietek lekarski, len zwyczajny, dzika róża, prawoślaz lekarski, masłosz parka, makadamia, jeżówka purpurowa, czarna malwa. Przyznacie, że skład nadzwyczaj bogaty, tym bardziej, że składniki te nie znajdują się na szarym końcu składu INCI, a dumnie “kroczą” w jego początkach. Istotne jest też to, czego nie znajdziecie wśród składników – wazeliny, PEG, GMO, parabenów, silikonów, pochodnych ropy naftowej. Dodam, że krem jest w 100% wegański!
Producent podkreśla, że: “Krem działa silnie regenerująco, optymalnie nawilża skórę dłoni i łagodzi podrażnienia. Uzupełnia warstwę lipidową naskórka, wygładza, zmiękcza i uelastycznia skórę.”
Moja opinia? ;)
Krem testowałam w okresie, gdy moje dłonie narażone były na wszelkie możliwe zagrożenia podczas wykonywania prac ogrodowych. Otarcia, zadrapania, kontakt z ziemią, torfem, wodą, chwastami, kamieniami, a także łopatą i grabiami. Warunki pogodowe różne. Przyznam, że faktycznie krem fantastycznie nawilża dłonie po umyciu i… łagodzi oparzenia po bliskich spotkaniach z pokrzywami ;) Skóra jest miękka, gładka i bardzo miła w dotyku. Co istotne, nie czułam nieprzyjemnej lepkości, co przeszkadza mi w kremach do rąk. Nie wypowiem się natomiast na temat działania “silnie regenerującego”, ponieważ nie ukrywam, że oprócz używania tego kremu, stosowałam zabiegi na dłonie, które są stałymi punktami w moim “kalendarzu urodowym”, czyli kąpiele dłoni w ciepłej oliwie, maski na dłonie itd.
Czy zatem mogę polecić ten krem? Jak najbardziej!

Jeśli chcesz korzystać ze stałego rabatu na kosmetyki ATW BeautyLab w wysokości 20% (oraz wielu rabatów specjalnych na stronie, niewidocznych dla klienta “zewnętrznego”, jak również możliwości budowania sieci dystrybucyjnej itd.), możesz skorzystać z mojego linku partnerskiego do bezpłatnej i niezobowiązującej rejestracji:
https://shayneen.organiclife.com.pl/register.html

 

 

1 lipca 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Syrop z kwiatów czarnego bzu
Napoje, soki, syropyPrzepisyPrzetwory

Syrop z kwiatów czarnego bzu

by Shayneen 5 czerwca 2016
written by Shayneen

To już ostatnie dni, by zaopatrzyć spiżarnię w syrop z kwiatów czarnego bzu. Jeśli jeszcze nigdy nie próbowaliście – polecam! Smak i aromat tak cudny, że powala na kolana osoby o najwybredniejszych podniebieniach. Mam zwyczaj obdarowywania moimi przetworami znajomych i za każdym razem obdarowany rozpływa się w zachwycie nad tym syropem. Ostatnio moja znajoma, która otrzymała butelczynę nieopisaną, zadzwoniła do mnie i oświadczyła: “Słuchaj, ja nie wiem, co to było to żółte w tej butelce, ale nawet nie chcę wiedzieć, bo już tego nie ma. Następnym razem przyjmę jednak każdą ilość!” :)
Tak więc, Moi Drodzy – do dzieła! Podaję składniki i “proces technologiczny” wypracowany przeze mnie, ale jeśli zmodyfikujecie go po swojemu, nic się nie stanie.

około 30 – 35 baldachów z kwiatami czarnego bzu
2 kg cukru
2 litry wody
2 – 3 cytryny

Zerwane baldachy rozłożyć na białym papierze i dać trochę czasu na wyprowadzkę wszystkim owadom, które w ilościach zadziwiających uwielbiają tam przebywać (w sumie im się nie dziwię!). Następnie trzeba obrać taktykę oddzielenia kwiecia od baldachów. Niektórzy radzą, by odcinać tylko grube i średniogrube gałązki, ale ja doszłam do wniosku, że później w gotowym syropie wyczuwalna jest lekka gorycz z tych cieniutkich, pozostawionych gałązeczek, więc wybieram technikę bardziej pracochłonną, ale dającą lepszy efekt końcowy – wyskubuję ręcznie całe kwiecie ze wszystkich gałązek. Oczywiście nad miską, by nie tracić cennego pyłku! Przy okazji jest do “zabieg dla dłoni”, ponieważ skóra staje się cudownie gładka! ;)
Następnie wyszorować cytryny, pokroić je wraz ze skórką w cienkie plastry i zalać 2 litrami wrzątku. Rozpuścić w tym 2 kg cukru i zalać kwiaty. Powinny być przykryte! Może się zdarzyć, że wypłynie na powierzchnię jakieś zabłąkane żyjątko, które należy wyłowić łyżeczką. Cóż, życie :( … Poczekać, aż trochę przestygnie i nakryć miskę szczelnie folią, by nie uciekał aromat. Odstawić na dobę.
Po 24 godzinach zamieszać i ponownie odstawić na kilka godzin. Następnie zlać do innego naczynia, posłygując się sitkiem, dodatkowo wyłożonym gazą. Spróbować, czy jest wystarczająco słodki. Zlać do butelek i pasteryzować ok. 15 minut. Ja stosuję buteleczki +/- 300 ml, więc te 15 minut to czas wystarczający.
Smacznego życzę :) … szczególnie w zimowe wieczory, gdyż ten syrop, jak żaden inny, potrafi przywołać wspomnienie lata i wręcz poczuć można promienie słońca na twarzy ;)

Syrop z kwiatów czarnego bzu

Syrop z kwiatów bzu czarnego

5 czerwca 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
nalesniki z kwiatów bzu czarnego
PrzepisyZ warzyw, owoców i ziół

Naleśniki z kwiatów dzikiego bzu

by Shayneen 2 czerwca 2016
written by Shayneen

Przełom maja i czerwca to czas, by do kuchni wprowadzić kwiaty dzikiego bzu. Co prawda, ten czas jest płynny, bo bez zakwita w naszym kraju wcześniej lub później, w zależności od położenia geograficznego ( np. u znajomych pod Krakowem wcześniej niż u mnie, w Wielkopolsce), ale wszędzie kwitnie krótko, więc by się nim nacieszyć, należy się spieszyć! Przy okazji zbierania kwiatów -czy to do suszenia, na naleśniki lub syrop- pamiętajcie, by zostawić coś na krzewie! Piękne i soczyste jagody zbierzecie na przełomie lata i jesieni, by zrobić z nich pyszne przetwory na zimę.
Z dzieciństwa pamiętam smak i zapach baldachów bzu w cieście naleśnikowym, które serwowała mi moja babcia.  Teraz, gdy zamieszkałam na wsi, dostęp do dzikiego bzu mam ułatwiony, więc wykorzystuję to, by wzbogacić mój jadłospis :) Dzisiaj postanowiłam zrobić właśnie naleśniki z kwiatów bzu. Przepis będzie bardzo “opisowy”, ponieważ składniki biorę na przysłowiowe oko, więc i wy musicie pokombinować :) Do dzieła!

Kwiaty dzikiego bzu

Kwiaty dzikiego bzu

Zerwałam kilka baldachów z mocno rozwiniętymi kwiatami – mają najwięcej cudownego aromatu! W związku z tym, że ich nie płuczę, aby nie wypłukać cennego pyłku, a w kwiatach mogą mieszkać “lokatorzy”, wyłożyłam je na biały, czysty papier na godzinkę, dając tym samym czas gościom na wyprowadzkę ;) Skuteczny sposób! Następnie zrobiłam ciasto naleśnikowe, nieco gęstsze niż na tradycyjne naleśniki, z mąki, mleka, jednego jajka, szczypty soli i odrobiny wody.  Na głębokiej patelni rozgrzałam olej, w ilości takiej, by móc nazwać go “głębokim” ;) , maczałam baldachy w cieście (tutaj przydaje się gałązka do trzymania, więc jej nie odcinam) i smażyłam na piękny, złoty kolor.

Ja przed jedzeniem posypuję je cukrem pudrem z odrobiną cynamonu, ale sam cukier też wystarczy. Oczywiście, grubych łodyżek nie zjadam – przytrzymuję naleśniki widelcem i szybkim ruchem wyrywam łodygę (cieniutkie, usmażone łodyżki można zjeść). Pyszne!
W identyczny sposób smażę robinię akacjową.

Dziki bez w cieście naleśnikowym

Baldachy bzu w cieście naleśnikowym

2 czerwca 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
ATW - fitoregulatory
KosmetykiOrganic LifeZdrowie i uroda

Dlaczego ATW BeautyLab?

by Shayneen 14 maja 2016
written by Shayneen

Moje pierwsze podejście do firmy ATW -producenta i dystrybutora kosmetyków- miało miejsce chyba w roku 2000, może 2001? A może w 1999? Dokładnie nie pamiętam, ale na pewno na przełomie wieków :D Już wtedy kosmetyki te wyróżniały się rewelacyjnymi składami i jakością (poza kolorówką, bo ta była fatalna). Dlaczego więc wtedy odpuściłam? Może dlatego, że w tamtych latach systemy MLM opierały się głównie na bieganiu z katalogami po sąsiadach i wszystkich znajomych, a ja wybitnie się do tego nie nadaję. Kupowałam przeto kosmetyki ATW na własny użytek, ale po jakimś czasie “umarło śmiercią naturalną”.
Kiedy kilka tygodni temu moja znajoma poinformowała mnie na fejsie o “fajnych kosmetykach” i zorientowałam się, że to powstające, jak feniks z popiołów ATW, pomyślałam: bingo!
Przez te wszystkie lata wiele się w moim życiu zmieniło. Przejście na wegetarianizm, świadome odżywianie, świadome zakupy, wspieranie polskiej przedsiębiorczości, kontynuacja walki o prawa zwierząt i świadomość ekologiczna… Doszłam do wniosku, że -przynajmniej jeśli chodzi o półkę kosmetyczną- ATW BeautyLab dokładnie celuje we wszystkie te moje wartości! Kosmetyki polskie, odpowiednie dla wegan i wegetarian, z rewelacyjnymi składami INCI, oparte na wysokich stężeniach składników roślinnych ze sprawdzonych i starannie wyselekcjonowanych upraw, dokładnie przebadane i w pełni bezpieczne.
Zaczęłam więc moje drugie podejście do ATW bez zastanowienia, stając się Członkiem Klubu i korzystając z rabatu 20% na wszystkie kosmetyki. Powoli mam zamiar testować je na sobie i moich córkach, a recenzje publikować na blogu. Każdy, kto mnie zna wie, że nigdy!!! nie zarekomenduję czegoś, czego sama nie wypróbowałam i czego nie jestem pewna. Dlatego recenzje będą pisane nie po dwóch dniach stosowania, nie po tygodniu, a po zużyciu całego opakowania. Jeśli uważasz, że produkty ATW celują także w Twoje preferencje kosmetyczne, możesz skontaktować się ze mną i pytać, pytać, pytać… Jestem do Twojej dyspozycji ;)
Możesz też od razu odwiedzić sklep on-line i będzie mi miło, jeśli skorzystasz z mojego linku partnerskiego:
https://shayneen.organiclife.com.pl/shop.html

Jeśli po zapoznaniu się z ofertą kosmetyków stwierdzisz, że chcesz zostać stałym klientem firmy, warto zarejestrować się jako Członek Klubu i kupować z rabatem 20%. Rejestracji dokonasz pod adresem:
https://shayneen.organiclife.com.pl/register.html

Oczywiście, firma działa w systemie rekomendacyjnym, więc jeśli chcesz ambitniej się rozwijać, zostać partnerem firmy, budować strukturę, zająć pozycję liderską itd. – nic nie stoi na przeszkodzie ;) ATW BeautyLab to świetny sposób na biznes! Polecam! ;)

I zapraszam na mój “kosmetyczny fanpejdż”! ;)
https://www.facebook.com/atwbeautylab.shayneen/

14 maja 2016 0 comments
0 FacebookTwitterPinterestEmail
Newer Posts
Older Posts
Shayneen

Witaj! Mam na imię Małgorzata – dla przyjaciół ‘Shayneen’ – i… “biegnę z wilkami” ;) O tym, co dotychczas napotkałam na swej drodze biegnąc, przeczytasz tutaj: >>>>>

Archiwum wpisów

Ostatnie komentarze

  • Shayneen - Szypszyniec różany – jesienny cud natury
  • Shayneen - Murzynek rabarbarowo-jabłkowy

Tagi

bez czarny ciastka imbirowe cukinia dzika róża dżem galas szypszyńca różanego imbirki jabłka jabłka cynamonowo-waniliowe klopsy gryczane kosmetyki kwiat mniszka mniszek lekarski murzynek Organic Life pasta do chleba placek placek owocowy placek z rabarbarem placki placki z cukinii problemy wsi przetwory z zielonych pomidorów rabarbar rogale rogaliki drożdżowe sałatka na zimę z zielonych pomidorów sałatka zimowa sałatka z zielonymi pomidorami smalec smalec wegatariański smalec z fasoli syrop szypszyna szypszyniec różany słodkości słodycze tofu wypieki wyznania przedsiębiorcy pogrzebowego włoska kuchnia zapiekanka zapiekanka warzywna zielone pomidory z kasy gryczanej

Archiwum wpisów

  • Facebook
  • Twitter

@2021 - All Right Reserved. Designed and Developed by PenciDesign


Back To Top
Shayneen
  • Tak myślę
    • Myślę, że…
    • Przeczytane
  • Kuchnia
    • Przepisy
      • Przetwory
      • Z mąki, kaszy, ryżu, makaronu…
      • Napoje, soki, syropy
      • Z warzyw, owoców i ziół
      • Ciasta, ciastka, desery
  • Natura
    • Świat roślin
      • Rośliny ozdobne
      • Zioła
    • Świat zwierząt
  • Zdrowie i uroda
    • Kosmetyki
    • Pielęgnacja
    • Po pierwsze – zdrowie
  • Miejsca
    • Wydarzenia
    • Podróże
  • Polityka prywatności i plików cookies
  • Home
  • O mnie